Powieści |
|
Slayers Powieść - Historia Gourry'ego
|
|||||
| Wyciągnął swój miecz. Ostra klinga odbijała jasne promienie słońca; stal piła błękit nieba i morza, sama nabrawszy sytej barwy lazuru. Nieźle, ale nie na tyle dobrze, by z mety zaliczyć miecz w poczet arcydzieł płatnerstwa. A broń ta była w istocie arcydziełem. Młodzieniec uważnie oglądał bogato zdobioną głownię miecza., na której to fantastyczne ornamenty zdawały się pełgać i żyć własnym życiem. Do głowy cisnęły się kolejne fale wspomnień --- Czyż to nie przez ten miecz... Gwałtownym ruchem odrzucił ramię do tyłu, jakby chciał cisnąć miecz do morza --- "Wyrzucisz go? To marnotrawstwo." - powiedział ktoś wyraźnie. "---?!" Młody mężczyzna zwrócił się w kierunku, z którego dochodził głos. Grzywa jego długich włosów w kolorze dojrzałego zboża poddawała się delikatnym podmuchom chłodnej morskiej bryzy. To wybrzeże przylegało do wioski o dźwięcznej nazwie Kulsida. Wieś ta nie wyróżniała się niczym szczególnym spośród okolicznych osad - tyle tylko, że leżała nad morzem. W malowniczym porcie, prócz kilku pustych łodzi, znajdował się tylko jeden wędkarz. "Masz coś do swojego miecza?" - rzekł wędkarz, obserwując bez przerwy igrający na falach spławik. Ten człowiek był... jakiś dziwny. Miał na sobie prostą koszulę, parę spodni i znoszone buty --- całkiem zwyczajne rzeczy. Jego kruczoczarne włosy były nader długie, a twarz miał piękną niczym u ślicznej niewiasty. Wydawał się być zarazem stary i młody. Jeśli ktoś by powiedział, że jest on równy wiekiem mężczyźnie, który stał naprzeciw i właśnie wyjmował swój miecz, nikt by nie zaprotestował. Gdyby ktoś inny stwierdził, że wędkarz ten jest dużo starszy od owego młodzieńca, również nikt nie mógłby powiedzieć "Nie". W ustach miał papierosa, co dodawało mu szyku, ale w ręku dzierżył wędkę zbyt tanią jak na jego nastrój. Młodzieniec stał jeszcze chwilę, zmieszany, po czym stwierdził: "Nie zapaliłeś papierosa..." "Rzucam palenie. Żona i dzieci nie lubią, jak kopcę." Ton, jakim mówił, był zbyt szorstki jak na jego wygląd. "Masz żonę i dzieci? ... Czyżbyś był w takim wieku, by założyć rodzinę?" "To, ile mam lat, to nie twoja sprawa. I? Czy go wyrzucisz? Swój miecz?" "To także nie twój interes" - powiedział młodzieniec. "A- Powiem jeszcze, że jeśli liczysz na to, że dam ci ten miecz, to się mylisz." "Ależ skąd, nawet nie przyszło mi to do głowy. Wiem, ze to nie moja sprawa. Nie obchodzi mnie zupełnie, co stanie się z tobą i z twoim mieczem. Nie obchodzi mnie, czy weźmie go kto inny i zabije nim wielu ludzi. Nie obchodzi mnie, czy uratujesz nim wielu. To wszystko nie moja sprawa." "Więc... co chcesz powiedzieć?" "Cóż...Kiedy byłem młodszy, także byłem "mieczem do wynajęcia". Tamtymi czasy miałem swój niezbywalny kodeks, z ważną zasadą. Nazwij mężczyznę "druga klasa", kiedy nie dba o swój miecz. I nazwij go "trzecia klasa", kiedy się na swym mieczu wyżywa. Dlatego zaintrygowałeś mnie i się wtrąciłem." Młody mężczyzna nie odpowiedział. "Nie przejmuj się mną. Po prostu wyrzuć swój miecz, skoro go nie lubisz. I wyrzuć wszystko ze swojego umysłu." Młodzieniec stał chwilę bez słowa, po czym wyjął miecz z pochwy i rzekł: "Panie, mógłbyś podać mi swe imię?" "Nie nazywaj mnie "panem". I co z twoimi manierami? Kiedy pytasz kogoś o imię, musisz naprzód podać własne." "Nazywam się --- Gourry. Gourry Gabriev." "Dobry, uczciwy chłopcze, oto moja rada. Kiedy ty przedstawisz się pierwszy, nie każdy zrewanżuje ci się tym samym. Taki już jest ten świat." " ... Co to ma być?" Gourry wzruszył ramionami i odwrócił się na pięcie, wiedząc, że mężczyzna zrobił z niego głupca. Szum fal niósł się po okolicy --- I nic innego poza nim. ::: O, to zaskakujące. W tej wsi są dwaj podróżni naraz. To mała wieś rybacka, z dala od głównej drogi. Było tu kilku podróżnych, ale prawie wszyscy zaraz po przybyciu odchodzili bez słowa. Dzisiaj jest ich dwóch i zostają. Jeden to niezidentyfikowany mężczyzna, podróżujący samotnie. On mnie nie obchodzi. Ale interesuje mnie ten drugi. Wydaje się być najemnikiem. Co z nim zrobią? Jeśli im się nie powiedzie, niektórzy z nich zginą. Nawet jeśli, ciągle wyjdzie na moje. Hmmm... Chcę, by ci podróżni dali z siebie wszystko. To wielka przyjemność myśleć o tym::: "Co?" Wyszeptał pod nosem i zatrzymał się. Wiatr bawił się jego czarnymi włosami. Wioska położona była między wzgórzami a brzegiem morza; słońce chowało się właśnie za pagórki. Na plaży, zatopiona w głębokiej barwie zachodu, odcinała się pojedyncza sylwetka. Podążał do gospody, poddawszy bezowocny połów. Czuł, że ktoś go obserwuje. Obejrzał się w stronę, z której coś poczuł, ale znajdowała się tam jedynie mała, zacieniona chatka, oblana światłem popołudniowego słońca Podszedł do chaty i podważył słomianą kotarę za pomocą wędki. W chatce, pośród wilgotnej ciemności, była tylko kupa śmieci. Czanowłosy stracił zainteresowanie zapuszczonym schronem i udał się z powrotem na drogę ku wiosce. Zapach ryby wypełnił jadalnię na parterze gospody. Nadszedł czas obiadu, ale w zajeździe czekał nań tylko jeden gość. To, że nikt nie chciał jadać w tej gospodzie, było najzupełniej normalne. Można tu było zamówić jedno z kilku dań na bazie świeżej ryby, a także miskę zupy, której przydatność do spożycia wynosiła kilka dni. Całe menu składało się z potraw, które mieszkańcy wsi z powodzeniem mogli przyrządzić w domach. Najpewniej gospodę prowadził ktoś, kto miał sporych rozmiarów domostwo i mógł zorganizować w nim zarówno zajazd, jak i restaurację - łącząc swe hobby z zarobkami. Promyki wieczornego słońca przelewały się przez otwarte drzwi i okna, podkreślając ziarnistość gęstego powietrza wewnątrz. Gourry był jedynym gościem. Czekał na swój posiłek, który zamówił przed chwilą. Nie mógł poganiać kelnerki, gdyż była równocześnie także recepcjonistką i kucharzem. W tej restauracji pracowała tylko jedna osoba. "Nie ma tu dla ciebie żadnych zajęć, co?" Głos dobiegał z boku i Gourry wiedział, że należy do mężczyzny, którego spotkał w porcie. Tak, Gourry myślał, że nie ma nic do roboty. "...O, to ty...," - powiedział Gourry nie odwróciwszy głowy, z brodą wspartą na ręku. Czarnowłosy usiadł po drugiej stronie stolika, z niezapalonym papierosem w ustach. Zerknął na Gourry'ego --- spojrzał na jego miecz, wsparty o stół. "...nie wyrzuciłeś go, tego miecza." "Daj temu pokój. Czemu tu usiadłeś? Wokół jest wiele wolnych krzeseł." "Mawiają, że jedzenie w towarzystwie jest przyjemniejsze, czyż nie?" "Och, myślałem, że jesteś ekscentrykiem, ale tak naprawdę po prostu jesteś samotny." "Całkiem możliwe." Czarnowłosy zignorował przytyk Gourry'ego, po czym rzekł gorzkim tonem: "Kiedyś byłem przyzwyczajony do samotności. Ale teraz mam własną rodzinę i przywykłem do przepełnionego gwarem domu. Z niezależnych ode mnie przyczyn, po wielu pracowitych latach rozpocząłem samotną podróż, zostawiwszy rodzinę, i zacząłem cieszyć się tak uzyskaną beztroską. Szybko jednak znudziło mi się takie życie. Nie mogę pojawić się z powrotem w domu tak szybko po wyruszeniu zeń, więc błąkam się tu i tam. A dziś spotkałem ciebie, który wydajesz się być strapiony. "Czy jestem twoją zabawką dla zabicia czasu?" "Możesz nią być. Rzadko się zdarza, by mężczyzna ukazywał swój strapiony umysł w tak oczywisty sposób. Bardzo mnie to zaintrygowało i zagadałem do ciebie." "To nieszczególnie rzadkie dla mężczyzny - mieć kłopot." "Tak, masz rację." - powiedział czarnowłosy, i pochylił się nad blatem ku Goury'emu. "Ale, jako mężczyzna, dam ci jedną radę. Nie ukazuj zmartwionego umysłu przed dziewczyną, którą pokochasz." "Co?" Gourry zbladł i pomachał nerwowo dłonią. "Ja...ja się w tobie nie zakocham!" "O czym ty mówisz? Idiota! Nic takiego nie powiedziałem!" Mężczyzna wrzał z wściekłości. "Ale... podążając za wątkiem..." "Spodziewałeś się rozwinięcia fabuły? Ale skąd wziął się ten pomysł z zakochiwaniem się we mnie? Chciałem tylko powiedzieć, że miewanie kłopotów to nic wyjątkowego, ale nie jest dobrze tego ujawniać!" "...Och, rozumiem... Czemu od razu tak nie mówiłeś?" "Mówiłem! Czy jesteś skończonym idiotą?" "...skończonym idiotą... A w końcu ty..." Gourry nie dokończył zdania. Obserwował drzwi gospody. Stało tam trzech mężczyzn, bacznie obserwujących Gourry'ego i czarnowłosego mężczyznę. "Jesteś wędrownym najemnikiem, prawda?" - powiedział stary człowiek z siwymi włosami i brodą, gdy jego wzrok napotkał spojrzenie Gourry'ego. "Owszem..." "Cóż... chcielibyśmy z tobą porozmawiać. Możemy zjeść z tobą obiad i omówić pewną sprawę?" Gourry zdawał się przez chwilę rozważać odrzucenie bądź przyjęcie propozycji, i rzekł: "Hmm... mogę was wysłuchać... ale nie obiecuję, że na cokolwiek się zgodzę." "Dziękuję bardzo," staruszek skłonił się nisko, po czym udał się do kuchni. Porozmawiał z kelnerką, a następnie wrócił. Przepraszam, że musieliście czekać. Zapłacimy za wasz obiad." Starzec usiadł przy jednym stole z Gourrym i czarnowłosym. Pozostali dwaj mężczyźni stali u boku starca. "I? O co chodzi?" "Tak więc... jestem szefem wioski, me imię to Kyle Bunitz," staruszek rozpoczął wywód. "Nie za bardzo wiem, od czego zacząć opowieść..." W tym czasie kelnerka przyniosła strawę dla Gourry'ego i czarnowłosego. Misa sałaty, garniec zupy, bochen chleba i gotowana ryba. Wręcz zbyt proste menu. "Proszę, jedzcie. Możecie mnie słuchać i jednocześnie jeść. Proszę." "Na pewno?" Gourry i czarnowłosy ujęli widelce, a szef wsi ciągnął dalej swą opowieść. "Cóż... co mogę rzec..? Szczerze powiedziawszy, wieś ostatnio znalazła się w tarapatach..." "Hmmm?" - odpowiedział Gourry, zajadając sałatę z wodorostami. Czarnowłosy skubał chleb, patrząc bez słowa na szefa wioski. "Wieś leży między wzgórzami a morzem. Niektórzy mieszkańcy parają się rybactwem, inni polują w górach na zwierzęta. W ten sposób zarabiamy na życie." "Hmm." Gourry miał zamiar wbić widelec w gotowaną rybę. "Poczekaj. Przepraszam, że przerywam." - rzekł czarnowłosy, zatrzymując zarówno widelec Gourry'ego, jak i język szefa wsi. Ton głosu mężczyzny nie był szczególnie mocny, ale za to wielce poważny. Zwrócił się do Gourry'ego i rzekł: "Dam ci kolejną radę. Nie jedz tej ryby. Jest zatruta." "...Co?" Szef wsi i jego ludzie pobledli. "Chyba... chyba żartujesz?" - powiedział szef, ale czarnowłosy tylko cynicznie się uśmiechnął. "Podano nam obiad z rozpoczęciem rozmowy - niezbyt dobre wyczucie taktu i czasu. Zwróciłem tez uwagę na zapach tej ryby. To woń trucizny morskiego węża z Borgi, nieprawdaż? Gdy ostrzegłem, zbladłeś. To jest dowód. Jeśli nadal utrzymujesz, ze ta ryba nie jest zatruta, czy mógłbyś jej skosztować?" "Niech to szlag!" Jeden z ludzi szefa krzyknął i ruszył biegiem do stołu --- po miecz Gourry'ego. Ale Gourry był szybszy - ujął broń, wstał i uderzył nacierającego pochwą miecza w tył głowy. "Gu?!" Ochroniarz szefa osunął się na podłogę. "Co to ma być?" Gourry zwrócił się do szefa, ale ten odrzekł tylko smutnym głosem, z zatroskaną miną... "Wybacz nam... To dla naszej wsi..." "Głupcy! Ja wam nie wybaczę!" - krzyknął czarnowłosy. Łup! "Obooo!" Czarnowłosy szarpnął i rzucił stołem tak, że blat uderzył szefa wioski prosto w twarz. "Ludzie w tym zajeździe są w zmowie z szefem! Wynośmy się stąd!" - powiedział do Gourry'ego. "Do...dobra!" Gourry i czarnowłosy wybiegli z gospody... i bez słowa się zatrzymali. Dookoła stali wszyscy mężczyźni z wioski. Każdy z nich dzierżył nóż, kij albo włócznię. "O nie! Wszyscy mieszkańcy są z nim w zmowie!" - krzyknął nagle czarnowłosy. "Co zrobimy? Zabijesz ich wszystkich swym mieczem?" "Tego nie chcę." Gourry trzymał miecz w dłoni. "Co się dzieje? Wyjaśnicie nam?" Ale wieśniacy podeszli jedynie bliżej, zacieśniając krąg. "Czy wiecie, co robicie?" Czarnowłosy krzyknął. "Jeśli jesteście gotowi kogoś zabić, jednocześnie oświadczacie, że gotowi jesteście zginąć z rąk swego celu. Czy wiecie, że rana od miecza boli?" Mężczyzna rozejrzał się po napastnikach. "Na początku czujesz, jakby trafiono cię jedynie rózgą. Ale gdy zauważysz wszędzie wokół swą krew i ujrzysz swą rękę czy nogę na ziemi, dociera do ciebie niezwykły ogrom bólu. Nie. To więcej niż ból. Jakby para rozżarzonych pochodni uderzała z dużą częstotliwością w twą ranę, a szok powoli dociera do twej głowy. Kiedy tam dojdzie, umierasz. Albo, jeśli nie umrzesz, będziesz cierpiał ból i gorączkę. --- A teraz, który pierwszy pragnie zasmakować bólu?" Wszyscy wieśniacy jakby stracili zapał. Czarnowłosy miał jedynie wędkę i mały pakunek będący skromnym bagażem, ale Gourry miał w ręku miecz. Otaczający ich mężczyźni wiedzieli, że nie mają szans w starciu z zawodowcem. Mogli być przygotowani na pewne poświęcenia, ale nikt nie chciał być wśród ofiar. "To co? Nie ma ochotników. No dobrze, w takim razie sami wybierzemy pierwszego. Chodź, Gourry! Powinieneś pójść..." - czarnowłosy rozejrzał się i wskazał pewien kierunek. "...tędy!" Koło rozstąpiło się we wskazanym miejscu. "Naprzód!" Dwaj mężczyźni ruszyli przed siebie, czarnowłosy nadal krzycząc. Zupełnie przestraszeni wieśniacy rozproszyli się jeszcze bardziej. Gourry i czarnowłosy wydostali się z kręgu i pobiegli wyludnionymi uliczkami w mrok. Tymczasem szef wsi wyszedł z gospody, potykając się i zataczając. Wiedział, co się wydarzyło, i krzyknął "Co wy wyrabiacie? Nie pozwólcie im uciec!" Było za późno. Dwaj mężczyźni zniknęli w mroku nocy. W górach w nocy było zupełnie ciemno. Matowe światło księżyca i gwiazd nie docierało do ziemi, jego drogę zagradzały liście drzew. Ukryli się w samym sercu smolistej ciemności. "No no, rozpoczęli przeczesywanie wzgórz. Co za zapaleńcy!" - czarnowłosy rzekł bez cienia obawy, widząc zbliżające się światła pochodni ledwie widoczne spośród drzew. "Cóż... to normalne, że panikują. Będą mieli nie lada problem, jeśli wyda się, że cała wieś chciała zabić dwójkę ludzi." "Hej... mogę o coś spytać?" "O co?" Czarnowłosy odwrócił się, a Gourry zadał pytanie z wysoce poważną miną. "Czemu bezustannie, odkąd opuściliśmy zajazd, nosisz na ramieniu swoją wędkę?" "Nie zawracaj sobie tym głowy. Czasem ludzie potrafią chodzić jedynie z poduszką pod pachą, podczas gdy ich dom płonie." "...Och, czyżby był wtedy w panice?"...pomyślał Gourry. "Nie ma co gadać o mojej wędce. Czas porozmawiać o tym, co teraz zrobimy. I? Masz jakiś plan?" "Hej, powiedz mi, co ty byś zrobił w tej sytuacji." Kiedy Gourry to powiedział, czarnowłosy wydawał się być zachwycony. "Niech pomyślę... Najłatwiej byłoby po prostu uciec i zapomnieć o wszystkim, co się tu wydarzyło." "To nieodpowiedzialne. Dlaczego by nie wspomnieć o tym wszystkim stróżom prawa w innym mieście...?" "Chyba żartujesz. Nikt nam nie uwierzy. Nawet jeśli uwierzą i przeprowadzą dochodzenie, wszyscy mieszkańcy wsi sklecą na poczekaniu jakąś historyjkę. Śledztwo skończy się, zanim jeszcze się rozpocznie. Z drugiej strony... pozostaje jeszcze trudniejszy sposób." "Trudniejszy sposób?" "Tak. Znaleźć powód, dla którego chcieli nas zabić i go wyeliminować." "No tak. Spróbujmy raczej tego." "Daj spokój... Łatwo powiedzieć, ale nie jestem pewien, czy stawimy czoła sytuacji, kiedy już dowiemy się motywu. Nie zdajesz sobie z tego sprawy?" "Będziemy wiedzieć, czy zdołamy coś zdziałać czy też nie tylko wtedy, gdy poznamy ten powód, prawda? I ---" - Gourry poklepał rękojeść miecza - "...w mojej rodzinie toczyły się bezustanne boje o ten miecz. Uciekłem z domu z myślą, że gdyby nie ta broń... Ale powiedziałeś mi, że będę mógł coś zdziałać mając ten miecz. Teraz chciałbym sprawdzić, do czego jestem zdolny dzierżąc tę klingę." "Hmmm" - czarnowłosy lekko się uśmiechnął. "No dobrze. W takim razie powinniśmy zacząć od schwytania kilku wieśniaków." Bacznie obserwował ogniki pochodni. "Tędy." - powiedział i pobiegł przez las pozbawiony jakichkolwiek ścieżyn. Gourry podążał za nim, nie odstępując na pół kroku. Dwaj mężczyźni sprawnie przedzierali się przez las, nie wspierani ścieżką ni światłem. Chwilę później--- Dwaj mężczyźni znaleźli czwórkę mieszkańców wsi. Wszyscy czterej mieli pochodnię w lewej i broń w prawej ręce. Zanim im się pokazał, czarnowłosy zastraszył ich nieco głosem. "Bądźcie cicho albo zginiecie." Zadrżeli. Wszyscy czterej zatrzęśli się. Czarnowłosy wyłonił się spośród drzew, zostawiwszy Gourry'ego w chaszczach. "Mój przyjaciel jest w pobliżu. Nie łudźcie się, że uda wam się od nas uciec." Z początku czterej mężczyźni zlękli się czarnowłosego, ale --- "Możesz sobie rzucać groźne słówka, ale masz przy sobie jeno wędkę!" - powiedział jeden z czwórki, kiedy zauważył osprzęt napastnika. Ale czarnowłosy nie przejął się słowami wieśniaka. "Myślę, że jest bardziej użyteczna, niż ten kij w twojej dłoni." "Śmiesz tak sądzić?" Odwaga wezbrała w mieszkańcu wsi, pewnie z powodu nieobecności mistrza miecza --- Gourry'ego. Podniósł maczugę i natarł na czarnowłosego. W mgnieniu oka. Wędka zatańczyła w powietrzu, wyjąc i wirując przecinała powietrze. "Aua!" Wieśniak upuścił pochodnię i maczugę i zasłonił twarz rękoma. Pozostała trójka nie zauważyła nawet, co zaszło. Tylko Gourry dostrzegł, jak koniuszek wędki musnął oczy wieśniaka, z siłą nie taką, by go oślepić. Czarnowłosy chwycił klęczącego za kołnierz i postawił go z powrotem na nogi. "Posłuchaj mnie. Byłem kiedyś najemnikiem. Mogę zadusić ciebie, zwykłego człowieka, gołymi rękoma. Jeśli nie chcesz umrzeć, lepiej odpowiedz na moje pytanie. Czemu chcieliście nas zabić?" "Ja... ja... My nie chcemy zabijać! Ale jeśli tego nie zrobimy... sami zginiemy! Nic nie mogliśmy zrobić poza próbą zabicia was!" "Zostalibyście zabici?" - mruknął czarnowłosy --- Nagle odskoczył, puszczając wieśniaka. W tej samej chwili... Bum! Ciało wieśniaka zostało rozdarte na strzępy! Deszcz krwi bryzgnął dookoła, po okolicy rozproszyły się szczątki ciała. Cisza. I. "Aaaaaaaaaa!!!" Trójka wieśniaków zdała sobie sprawę ze śmierci pobratymca i uciekła w popłochu, wzywając pomocy. Czarnowłosy --- nie gonił ich. Stał jak wryty, obserwując szpaler tuż koło tego, w którym siedział Gourry. "Co? Co to było?" - spytał Gourry, wyłaniając się ze ściany lasu. Czarnowłosy kiwnął głową i rzekł: "Ktoś wściubił nos w nasze sprawy. Najpewniej był to ten, jak to się mawia, który pociąga za sznurki... manipulator... ale zniknął." Gourry rozejrzał się. Czuł, że coś pojawiło się niedaleko od niego tuż przed tym, jak zginął mieszkaniec wsi, a także poczuł, ze rzecz ta zniknęła ledwie minutę temu. "Co to było? Manipulator?" Gourry spytał, lecz nie uzyskał odpowiedzi. Czarnowłosy rozmyślał bez słowa. Gourry westchnął i zerknął w stronę, w którą uciekli wieśniacy --- w stronę wsi. "Wieśniacy zrozumieli, że to ty zabiłeś ich brata. Co zrobisz?" "Pójdę do wioski." - udzieliwszy najprostszej odpowiedzi, mężczyzna zaczął iść. "Ej.. hej! Czekaj!" Gourry podążył za nim w pośpiechu. "Do wioski? Co masz zamiar tam zdziałać?" "Coś zrobię." "Zrobisz... coś? Coś czyli co?" "Myślę, że wiem, o co w tym wszystkim chodzi." "Naprawdę?" "Tak. Ale nie wyjaśnię tego teraz. Obawiam się, że jeśli popełniłem błąd, to nie wypadnę w korzystnym świetle." "O czym ty mówisz?" "Nieważne. Ale jeśli się nie mylę, mamy za wroga kogoś niepospolitego. Myślę, że lepiej będzie, jeśli nie pójdziesz ze mną." Gourry się zdenerwował. "Bez takich! Wiem, że jesteś silny, ale ja tez mam nieco wiary w moje możliwości." "Nieco wiary to za mało. Jeśli umiałbyś zabić plazmowego smoka za pomocą noża kuchennego, jak to potrafi moja starsza córka, nie powstrzymywałbym cię." "Żartujesz? Nikt nie mógłby zabić plazmowego smoka nożem, i to kuchennym! Ale... twoja starsza córka posługuje się już nożem... Czyli naprawdę jesteś starszy, niż wyglądasz!" "Nie mów "naprawdę stary". W każdym razie jeśli chcesz iść, idź ze mną. Ale kiedy powiem, że masz uciekać, masz uciec. Rozumiesz?" "Och.. nie wiem, o czym ty mówisz." "Nieistotne, czy wiesz, czy nie wiesz, masz uciekać, kiedy ci każę." Rozmawiając podążyli przez wzgórza ku wsi. Wiatr wiał zapalczywie, a tańczący ogień pochodni rzucał liczne cienie na dzicz. Były to chaszcze na obrzeżach wsi. Tam właśnie Gourry i czarnowłosy zmierzyli się z tuzinami mieszkańców wsi. W powietrzu unosiła się woń żądzy śmierci. Przebiwszy się przez napiętą atmosferę, szef wsi wystąpił z tłumu. "Czemu wróciliście?" "Cóż, chcę ujrzeć twarz manipulatora." - rzekł czarnowłosy, poprawiając wędkę przewieszoną przez ramię. ...Bzzz.... Wieśniacy byli wzburzeni. "Kto ci powiedział?" "Nikt. Tak tylko podejrzewałem." - odparł czarnowłosy. Ogień pochodni wydobywał z mroku wielce strapione oblicze starca. "Skoro rozumiecie naszą sytuację, możecie... spełnić nasze nadzieje. Proszę, umrzyjcie dla nas." "Nie ma sprawy." - czarnowłosy odparł ze swobodą. Wszyscy wokół zaniemówili, i zanim Gourry zdążył zaprotestować, czarnowłosy wskazał palcem szefa wsi. "Ale zanim umrę dla ciebie, ty umrzesz dla mnie. Nie chcę ginąć sam, czułbym się samotnie." "Co?" Ignorując gniewny pomruk szefa, czarnowłosy wskazywał kolejno różnych wieśniaków, i mówił: "A ty zginiesz po szefie, a ty będziesz następny. A kolejny będziesz... ty... a potem..." "Idioto! Dlaczego mielibyśmy..." - krzyknął jeden ze wskazanych mieszkańców, a czarnowłosy cynicznie się uśmiechnął. "Nie byłbyś w stanie oddać życia dla innej osoby, ale sam wymagasz od kogoś, by zginął za ciebie? Nie myślcie, że możecie robić ze mnie głupca, wy, źli ludzie! Wolałbym stać się łupem wilków niż poświęcić dla was życie." "Czyżbyś nas prowokował?" Szef wsi rozgniewał się, ale czarnowłosy zignorował go. "Wreszcie mnie rozumiecie. Nieważne. Jesteście źli, ale i tak o niebo lepsi od złej istoty, która was zastraszyła i wydała wam rozkazy. Ona potrafi jedynie chować się za szałasem i trząść się ze strachu..." Wieśniacy zamarli na dźwięk tych słów--- "---O, wiedziałeś, że jestem tutaj---" Głos dobiegł gdzieś z okolic zapadłej chatki, gdzieś z dala od mieszkańców. Wszyscy byli przerażeni. "Mistrz Ruzouru..." - szef wsi wymówił imię istoty. Czarnowłosy zwrócił się w stronę głosu. "Moja młodsza córka zgłębia tajniki magii. Zanim wyruszyła w podróż, powiedziała mi co nieco o rzeczach z magią związanych. Słyszałem, że twoja rasa żywi się strachem i wrogością ludzi. Pewnie przybyłeś do tej małej wsi, gdyż wiedziałeś, że nikt jej nie chroni, i wymusiłeś na mieszkańcach zabijanie wszystkich wędrowców, którzy do wsi zawitają, prawda?" "...Dobra wyobraźnia..." Czarna ludzka sylwetka wyłoniła się z mrocznego namiotu. --- Cień człowieka? --- pomyślał Gourry. --- Kształt ma za dużą głowę, jak na człowieka. Ciało jest zbyt chude, a ręce za długie. --- Wszyscy wieśniacy, poruszeni, odsunęli się. Gourry mógł ujrzeć istotę w matowym świetle. Postać miała wielką głowę, dwa razy większą od ludzkiej. Na głowie tej nie było włosów, uszu, nosa czy ust. Cała pokryta była mnóstwem oczu, każde wielkości głowy dziecka. To nie mógł być człowiek. "Nie może być!" - Gourry krzyknął zdumiony - "Jak to może mówić nie mając ust?" "Czemu dziwi cię to, w jaki sposób mówi, a nie jego wygląd?" - poskarżył się czarnowłosy. "To Mazoku. Bądź ostrożny. Może sprawić kłopot." "Wiesz, że jestem Mazoku, a opisałeś mnie jako wroga, który "może sprawić kłopot." Pewno myślisz, że możesz się ze mną mierzyć." Mazoku --- Ruzouru podszedł bliżej człowieka, krocząc tak, jakby unosił się w powietrzu. Wskazał na mieszkańców wsi swym cienkim palcem, który przypominał palec chudego staruszka. "Tak, masz rację. Ci ludzie są źli. Wydałem im rozkaz po tym, jak zabiłem kilku ludzi. Nakazałem im zabijać podróżnych, którzy zatrzymali się w wiosce, pod groźbą śmierci kilku mieszkańców. Spodziewałem się paru ludzi, którzy stawialiby opór i wystąpili przeciw mnie, ale nikt się nie odważył. Co więcej, zagarniali i dzielili się pieniędzmi i wszystkim tym, co znaleźli przy swoich ofiarach. Są tak źli, że zupełnie się ubezwłasnowolnili, a mój rozkaz stał się ich celem i rozsądkiem. Słowa te rozgniewały i zawstydziły mieszkańców. Wszystkie z oczu Ruzouru wykrzywiły się w uśmiech. "I to właśnie dlatego upodobałem sobie tę wieś. Nie pozwolę, by ktoś z zewnątrz mi przeszkodził. Jeśli chcesz zniszczyć moje tu miejsce ---" "Zabijesz mnie tak, jak to zrobiłeś z mężczyzną w górach?" "Tak, tak uczynię. Teraz dam ci zasmakować strachu przed Mazoku!" Oczy Ruzouru szeroko się rozwarły. Czarnowłosy i Gourry odskoczyli jak najdalej. Buuum! Chwilę później teren, na którym niegdyś stali, wybuchł. Wieśniacy nie mogli nadążyć za tym, co się dzieje. Ale czarnowłosy i Gourry widzieli atak. Czarna kula magicznej mocy zmaterializowała się w powietrzu. Mazoku wytworzył ją i pomknęła w mrok, a gdy zderzyła się z czymś, ekspodowała. Czarnowłosy pobiegł prosto w stronę Mazoku. Ruzouru ciskał czarne kule jedna po drugiej, ale mężczyzna uniknął wszystkich. Dosięgnął Mazoku i --- "I co zrobisz?" Mazoku zaśmiał się. Nie zważając na śmiech, mężczyzna machnął prawą ręką i uderzył Mazoku w głowę za pomocą wędki. "---?!" Ruzouru wydał bezgłośny jęk i odskoczył. "Niemożliwe?!" - krzyk Mazoku przepełniało zaskoczenie. Gourry i wieśniacy nie widzieli, co się dzieje. To Mazoku nie zdołał uniknąć ciosu i krzyczał "Niemożliwe!". To wyglądało na kiepski kawał. "...masz na myśli to, że zwykła broń na ciebie nie działa, a ja zadaję ci ból wędką." Czarnowłosy parsknął na Mazoku. "Masz na myśli to, że na w pełni Mazoku działa tylko atak ze strony Astralu - atak bądź magiczny, bądź też atak siłą woli. Tak, wiem o tym. Ale znaczy to też, że jeśli człowiek przeleje swą siłę woli w przedmiot w swej ręce tak, jak ja to zrobiłem, wędka może zadać takie same obrażenia Mazoku, jak miecz wzmocniony siłą woli lub magią. W każdym razie, to powiedziała mi córka." "Rozumiem... Ale... Nie jesteś wystarczająco silny, by zabić mnie jednym ciosem, a taki jesteś gadatliwy... Najpewniej nie mógłbyś zadać śmiertelnego ciosu..." "No no no! Domyśliłeś się..." Kropla potu spłynęła po policzku mężczyzny. "Teraz zginiesz za upokorzenie mnie!" Ruzouru wytworzył multum ciemnych kul i rzucał nimi w mężczyznę. Czarnowłosy unikał ich skutecznie, poruszając się szybko. Ale. Jedna z czarnych sfer pękła tuż przed człowiekiem, rozdzielając się na masę drobniutkich kuleczek. "Co?" Mężczyzna krzyknął i --- Buuum!!! Wiele eksplozji wstrząsnęło ziemią, wznosząc ogromny tuman kurzu. Ruzouru bacznie obserwował miejsce, w którym znajdował się człowiek. :::Czy umarł? Nawet jeśli nie, zranił go wybuch.::: Ale, w tej samej chwili. Z innej strony Gourry przebił się przez chmurę pyłu i podbiegł do Mazoku. Wyciągnął miecz i mocno się zamachnął. Ale zanim miecz dosięgnął Ruzouru, klinga wypadła z rękojeści. Czyżby klin w rękojeści odpadł lub skruszył się? :::Czy ten człowiek sądzi, ze może użyć tej samej sztuczki, co tamten? Głupiec! I jeszcze zgubiłeś ostrze.::: W następnej sekundzie śmiech Ruzouru zamilkł. "--- Światło, ukaż się!" - krzyknął Gourry. W pustej rękojeści ukazało się światło. Światło uformowało się w klingę magicznej mocy, utworzonej z siły woli właściciela miecza. I ostrze to przecięło ciało Ruzouru od barku do pasa. ---Giiiiiiiii!!! Krzyk Mazoku przypominał krzyk zwierzęcia. Mając rozcięte ciało, Mazoku wciąż stał. Jego prawdziwym ciałem była głowa. Głowa i pierś Mazoku uniosły się w górę, pozwalając biodrom i nogom na rozproszenie się w pył na ziemi, byle tylko znaleźć się poza zasięgiem miecza Gourry'ego. W tym czasie. "Elmekia Lance!" Głos i światło wydobyły się spośród chmury dymu, a białe światło trafiło Ruzouru prosto w głowę. Mazoku motał się w powietrzu zupełnie bezgłośnie. Ruzouru ujrzał w zasięgu swego wzroku cień. Był to cień Gourry'ego, który podskoczył, używając pochwy miecza jako podpory! Zamachnął się mieczem białego światła. Każde z oczu Ruzouru odbijało blask ostrza ze światła... Zank! Uderzenie odcięło głowę Mazoku. Powiał wiatr, przynosząc na pustkowie zapach morza. Ruzouru stał się czarnym pyłem i zniknął, nim szczątki zdążyły opaść na ziemię. Po opadnięciu pyłu można było ujrzeć Gourry'ego i czarnowłosego, którzy nie odnieśli żadnych ran. Gourry zwrócił się do mężczyzny: "Umiesz rzucać czary ofensywne." "Nauczyłem się od młodszej córki. Planowałem użyć ich jako ostatnie zagranie, ale..." Czarnowłosy oglądał miecz Gourry'ego z gorzkim uśmiechem na ustach. "Mówiłeś, że to miecz z przeszłością, a ja myślałem, że to tani magiczny mieczyk... Ale to legendarny Miecz Światła!" Podszedł do Gourry'ego, wciąż gorzko się uśmiechając, i poklepał go po ramieniu. "Jeśli masz zamiar go wyrzucić, proszę, oddaj go mnie." "Powiedziałeś, że go nie chcesz!" "Głupcze! Jeśli byłby to tani magiczny miecz, nie chciałbym go. Ale to Miecz Światła! Daj go, daj go mnie, proszę! Daj mi miecz!" "Nie, nie dam!" "...Czy został... zniszczony?" - inny głos dobiegł z boku kłócących się mężczyzn. Dwaj mężczyźni zauważyli wreszcie szefa wioski, który wystąpił na czoło tłumu. "Został... Mazoku Ruzouru został zniszczony, prawda?" "...Tak, nie ma go." Czarnowłosy skinął głową, patrząc na szefa z niesmakiem. Wyjął papierosa i włożył go do ust. Ale znów go nie zapalił. "...Dziękujemy wam bardzo. Uratowaliście nas..." "Nie bądź śmieszny." - powiedział chłodno mężczyzna. "Zniszczyłem Mazoku tylko dlatego, że nienawidziłem jego poczynań. To wszystko. Nienawidzę także was, którzy nie przejmujecie się zabijaniem podróżnych i sami udajecie ofiary. Wiem, że terroryzował was Mazoku, ale i tak nie mogę zaakceptować tego, co zrobiliście! Powiem o tych wydarzeniach stróżom prawa z pobliskiego miasta. Zapłacicie za to, co uczyniliście. Zrozumiano? "...O...nie..." "Nie mów "Nie". Kiedy przyjdą tu stróże, nie udawajcie, że nic nie wiecie, nie próbujcie ich oszukać. Bądźcie uczciwi i szczerzy. Jeśli nie będziecie, wrócę tu i zniszczę tę wioskę." - czarnowłosy odwrócił się. "Chodźmy, Gourry." "Hę? No dobrze." Gourry podniósł pochwę i odrzucone ostrze miecza i powoli podążył za mężczyzną. "Hej... już nie ma Mazoku. Co ty na to, by zostać w wiosce i spędzić tam noc?" "Co za głupi pomysł... Nie możemy tu zostać. Będą chcieli nas zabić, mając nadzieję na zachowanie ich tajemnicy." "A, rozumiem." "Lepiej dla nas, jeśli pójdziemy spać do lasu...Ale... Kiedy moja małżonka zobaczy, że pobrudziłem ubrania, będzie narzekać." "Och, boisz się swojej żony?" "Głupcze, kocham swoją żonę." Przyćmione światło księżyca oświetlało plecy obojga opuszczających wioskę. A w końcu --- Minęły cztery dni zanim Gourry zorientował się, że mimo wszystko nie poznał imienia czarnowłosego mężczyzny. Młodzieniec wciąż nie wiedział, czy mógł coś zdziałać za pomocą swego miecza. Nie mógł być pewien. A czasami, myślał, że nie może dokonać absolutnie niczego. Ale. Coś małego. Czuł, że mógłby dokonać czegoś małego. I tego dnia. Ujrzał to na pylistej drodze biegnącej przez las. Młoda dziewczyna była otoczona przez rabusiów. Dziewczyna ubrana jak czarodziejka, sprawiająca wrażenie zbyt pewnej siebie, by móc się bać. --- Nie trzeba pomóc --- pomyślał Gourry. --- Ale skoro dzierżę ten miecz, nie byłoby źle coś uczynić... Gourry wyciągnął miecz i powiedział głośno. "Dobra, chłopaki. Dosyć tego." I mistrz miecza spotkał --- dziewczynę. |
|
Kopiowanie materiałów ze strony bez wiedzy i zgody autorów zabronione! Strona http://slayers.wszechbiblia.net jest częścią portalu Wszechbiblia.NET © 2000 - 2012 Wszechbiblia Slayers & Wszechbiblia.NET Strona wygenerowana w: 0.15779700 1328455513 Slayers Copyright (c) 1989- 2012 Hajime Kanzaka / Rui Araizumi / Kadokawa Shoten / TV TOKYO / SOFTX / Marubeni |
|