Wszechbiblia Slayers

Księga gości  Księga gości Lista dyskusyjna  Lista dyskusyjna Forum  Forum
Redakcja  
News  
Artykuły  
Konkursy
Intro
Manga
Anime
Powieści
Postacie
Magia
Opis świata
Chronologia
Slayers Fight
Gdzie kupić
Seiyuu
Fanfiki
Fanarty
Fanmanga
Audio
Galeria
Cosplay
Dodatki
Inne
Gry
Linki

Fanfiki

   «««                  
     
   
Informacje
 
 
Autor:
Tytuł:
Saerie
Opowiesc Kruka Special
rozdział #01
 
Treść fanfika..
Odcinek specjalny –występują:

-Äeri, zawodowa bajarka o niejasnym pochodzeniu

-Vegeta, książę super wojowników, znany z serii Dragon Ball

-Xella-Medina, gościnnie wystąpiła na kartach tej opowieści, wielce tajemnicza osóbka

-reszta, której nie trzeba koniecznie przedstawiać.....



Las. Mroczny, długi, straszny a ja mam przez niego przejść. Dlaczego trasy nigdy nie mogą mieć ładnego usytuowania, np. przez wzgórza czy pola, tylko przez straszne, pełne wszelkiego paskudztwa lasy?! Nie bacząc na swoje złe przeczucia weszłam. Może tym razem się pomyliłam? Może ten las wydaje się tak okropny, że nikt nie chce do niego wejść? W sumie nie jest tak źle, o jakie ładne drzewo...

-Ha ha ha! A cóż to za biedna dusza co sama szlaja się w miejscu takim jak to!!

...przestało już mi się tu podobać. Za mą nie wiedzieć skąd i jak wyrosła ludzka ściana. Ech, rozumiem, że bandyci to nie dżentelmeni. Nie noszą pięknych szat i z ich manierami bywa różnie, ale czy zawsze muszą mieć takie mordy, że byle pomniejszy Mazoku przy nich to Mister Universum?! A najgorszy to i tak jest ten smród....Nie, ten dzień zaczął się beznadziejnie, oby tylko gorzej się nie skończył...Spojrzałam na tego co krzyczał lekceważąco.

-Ja się „szlajam” jak to raczyłeś zauważyć. Nie wolno mi? Zakazu nie widziałam.

-Złotko, to nasz teren i musisz nam zapłacić za przejście.

-Dobra, ale pokaż mi jakiś akt własności. Mam ci uwierzyć na słowo?

Tia...znowu to samo...głupkowate spojrzenia po sobie....Ciche pomruki i w końcu.....

-Wyskakuj ze złota bo pożałujesz! –tu efektowne zamachnięcie się toporem/mieczem/pałką czy cokolwiek on tam trzyma.

-Słuchaj kolego, śpieszy mi się i nie mam czasu na gierki. Jeśli chcesz oberwać to służę uprzejmie!

Głośny śmiech...”Jak takie chuchro może mi podskoczyć”, „Dobry kawał”.....to się naprawdę zaczyna robić nudne- ileż razy można tego wysłuchać?! Gość podchodzi do mnie pewnym krokiem, wysunięcie ostrzy, jego głupia mina. Norma....

-Siła, zawsze ta siła. Rozchorujesz się jeśli choć raz dziennie nie wysuniesz tych swoich nożyków??

Hę? To coś nowego. Głos dobiegał z góry. Na jednej z gałęzi ponad nami siedziała jakaś istota, kobieta. Ciężko było mi cokolwiek dostrzec przez te konary.

-A niby jak mam się pozbyć takich upierdliwców jak oni? Uprzejme prośby nie przynoszą rezultatu.

Tajemnicza kobieta zeszła na niższe gałęzie. Szczupła, o złotych oczach i fioletowych włosach.

-Podstęp moja droga, podstęp! Pozwala wspiąć się na intelektualne wyżyny i jest bardziej humanitarny niż siekanie nożami.

-Podstęp powiadasz? Dobrze, masz swój podstęp. –spojrzałam wystraszonym wzrokiem na herszta, który stał obok mnie.- Och, proszę nie robić mi krzywdy! Proszę! Oddam wszystko, proszę bardzo już oddaję!.

Herszt uśmiechnął się głupkowato, po czym podszedł jeszcze bliżej.

-Noo mała, teraz mówisz do rzeczy!

-Żartowałam!- uśmiechnęłam się szpetnie i w tym momencie moje dłonie opuściła ognista kula. Facet miał refleks i zdołał uciec w krzaki.

-Jak ktoś ma refleks to faktycznie bardziej humanitarne. A ostrzami wcale ich nie siekam, zazwyczaj uciekają po małym, niewinnym pokazie siły. Ale dość tych dyskusji- kim ty u licha jesteś?

Nieznajoma uśmiechnęła się lekko.

-Tajemniczą podróżniczką, Äeri. Nazywam się Xella-Medina.

Spojrzałam podejrzliwie- skąd zna moje imię i ...Xella??

-Jesteś jakoś powiązana z tym szurniętym kapłanem Xellosem?

-Zabawne, że zawsze wszyscy się o to pytają. Tak, Xellos to mój dobry znajomy. –uśmiechnęła się tajemniczo. To przynajmniej mogło tłumaczyć skąd zna moje imię.

-Powiedz mi jedno Äeri, zastanawiałaś się kiedyś co zrobisz jak spotkasz przeciwnika silniejszego od siebie? Siłą nie zawsze da się wszystko rozwiązać, co innego podstępem.

-Jeszcze silniejszego nie spotkałam a jak się to stanie to wtedy będę się martwić. A tak poza tym to co to ma być? Wykład ”Jak być podstępnym”? Powinnaś pogadać sobie na ten temat z Xellosem, to jego działka.

-Nerwowa jesteś. Przydałoby się trochę cię utemperować. Chyba znam kogoś kto nadałby się do tego zadania idealnie. –zmrużyła oczy. Nagle pode mną ziemia rozstąpiła się. Leciałam w dół drąc się w niebogłosy. Ciemność zniknęła a ja miałam wyjątkowo twarde lądowanie. Wstałam powoli rozcierając obite części ciała. To co wtedy sobie pomyślałam raczej nie nadaje się do szerszej publikacji, więc darujmy sobie. Byłam na jakimś odludziu- gdzie nie spojrzę piaski, skały i jakaś marna roślinność. Świetnie, po prostu świetnie! Po chwili zauważyłam, że coś z dużą prędkością nadlatuje w moją stronę. Pocisk!! Używając energii odbiłam go i posłałam jeden w odpowiedzi. Szum. Najpierw w oddali, potem coraz wyraźniejszy. Coś otoczone białą poświatą leciało w moim kierunku z prędkością godną pozazdroszczenia. To coś wylądowało parę metrów ode mnie- mężczyzna, blondyn, otoczony teraz żółtą aurą. Raany, gdyby wzrok mógł zabijać leżałabym tu z poderżniętym gardłem. Facet zmierzył mnie od stóp do głów.

-Głupia, wiesz na kogo zaatakowałaś?!

-Zaatakowałam!? To raczej ty zaatakowałeś mnie! Ten pocisk to niby sama na siebie posłałam?! I wypraszam sobie to „głupia” ty napakowany blondasie!

-„Napakowany blondasie”? Wiesz do kogo mówisz?! Do księcia super-wojowników!!!!

Książę?? On!? Współczuję ewentualnej księżniczce....

-To chyba dwór przeżywa jakiś kryzys to maniery iście dworskie u wielkiego księcia!

Z nerwów strzelił we mnie kolejnym pociskiem. Odbiłam bez trudu. Facet jakby się trochę uspokoił. Aura przestała go otaczać a on...stał się brunetem!! Słowo daję zatkało mnie!!

-Jak ty to zrobiłeś? Przed chwilą byłeś jeszcze brunetem!

Gość się tylko uśmiechnął.

-Jeśli chcesz przeżyć lepiej mów kim jesteś.

-Twoja uprzejmość książę, zbija z nóg. Mam na imię Äeri i zawodowo wstawiam ludziom bajki.

-Nie radzę ci żartować przybyszko.- groźnie spojrzał na mnie.

Westchnęłam ciężko.

-Nie żartuję. Jestem bajarką- opowiadam ludziom różne historie a oni mi za to płacą. Co? Mamusia nigdy ci nie opowiadała niczego na dobranoc? To pewnie dlatego jesteś taki nerwowy. A tak poza tym to mógłby książę szanowny powiedzieć jak ma na imię!

-Mam na imie Vegeta. Skąd się tu wzięłaś?

-A jak myślisz?! Spadłam z nieba!

Posłał pocisk, który minął mnie na milimetry i rozwalił dość sporą górę stojącą za moimi plecami. Chyba trochę się zdenerwował....Cóż było robić. Opowiedziałam mu dokładnie to co się stało –spotkanie z bandytami, pojawienie się znajomej kapłana i moje twarde lądowanie tu. Przy okazji dowiedziałam się, że ten tutaj nigdy nie słyszał ani o potworach, czarach i takich tam. Gdziekolwiek jestem to z pewnością bardzo daleko od domu. Niech no ja tylko dorwę tę Xellę....

-A teraz może ty mi powiesz Vegeta co tu robisz?? Jak na dworskie włości to trochę tu pustawo.

-Przestań z tym dworem. Moja planeta i królestwo zostały zniszczone dawno temu. A i mój lud został unicestwiony.

-Jesteś ostatnim??

-Nie, został jeszcze jeden taki, ale jak się z nim rozprawię to będę ostatnim pełnokrwistym.

Pełnokrwistym?? Rany, gość ma chyba poważne problemy ze sobą.

-Mówiłaś, że chciałaś walczyć z tymi bandytami. Jesteś wojowniczką?

-Ja!? W życiu! Ja jestem tylko bajarką.

-Ale odbiłaś moje pociski.

-A kto by tego nie odbił. Toż to było słabiutkie.

-Słabiutkie!? Zaraz ci pokażę kto tu jest słabiutki!

Czyżbym jak zwykle powiedziała o słowo za dużo??

-Bez przesady, nie chciałam cię obrazić. Po prostu nie wyszedł ci ten pocisk i tyle.

-Próbujesz się wywinąć tchórzliwa dziewczyno?

-Przestań, bo zaraz to ty będziesz wiał z podkulonym ogonem!

-Doprawdy? Straszysz mnie, najpotężniejszego wojownika we wszechświecie?!

-Cierpimy na przerost własnego ego? Widać nikt dawno nie przetrzepał ci tego zadufanego w sobie tyłka!!!

-Spróbuj szczęścia, bajarko.

-To nie będzie szczęście tylko łatwizna!

Grr ależ mnie wkurzył!!! Co on sobie wyobraża?! Ponownie wystrzelił pociski- udało mi się je wszystkie odbić, choć ten ostatni był już cokolwiek silny. Odrobinę mocniejszy i musiałabym poddać się metamorfozie a tego bym nie chciała. Moja kolej- ogniste pociski na początek. Ej!? Co do diabła!? Nawet nie zauważyłam jak znalazł się zaraz przede mną. Po chwili zniknął i pojawił się za moimi plecami. Był tak samo albo i szybszy niż Mazoku. Miałam złe przeczucia co do tego. Gość był za szybki. Nagłe uderzenie w plecy- myślałam, że złamie mi kręgosłup. Padłam parę metrów dalej. Z trudem podniosłam się [skup się na nim]. Mój nowy znajomy stał nade mną z wrednym grymasem, który na upartego można by nawet nazwać uśmiechem.[SKUP SIĘ NA NIM!] Te głosy. Co miałam do stracenia. Na szczęście zdołałam się podnieść. Skupiłam się na jego postaci.

-Oo rozczarowujesz mnie. Byle uderzenie i leżysz już na glebie. Liczyłem na trochę więcej zabawy!

Nie chciałam się dekoncentrować, więc nie reagowałam na to co mówił. Brak reakcji z mojej strony musiał go wkurzyć bo rzucił się z takim impetem, że aż wzbudził tumany kurzu. Stałam spokojnie, czekając aż padnie cios. Odparowałam go. Nie wiem- zupełnie jakby moje ciało wyczuwało jego posunięcia. Kolejny blok- ręka, noga, ponownie ręka. Nie mogę tracić koncentracji. Spróbowałam przejść do ataku. Pierwszy udany kopniak- nie sparował go. Uderzenie w klatkę piersiową, ponowne kopnięcie. Jeśli miałam wyjść z tego cało, musiałam zrównoważyć atak i obronę. Nie dawałam mu chwili wytchnienia- cały czas atakowałam, parując jednocześnie jego ciosy. Moje zresztą też blokował. W pewnym momencie złapał mnie za dłoń. Wrzask- przez jego dłoń, na wylot przechodziło ostrze- nawet nie wiedziałam kiedy je wysunęłam. Nie czułam tego. Odskoczył parę metrów dalej. Ostrze natychmiast się schowało.

-Ostro zaczęłaś sobie pogrywać dziewczyno. Ale teraz pożałujesz. Teraz to ja dam ci szkołę! –cały czas trzymając się za przebitą dłoń kumulował energię. Nagle otoczyła go złota aura a włosy zmieniły kolor na blond. Do mnie w tym momencie dotarło, że jestem zmęczona, że w jakiś sposób ta kontrola pozbawia mnie energii. Jeśli mam z nim mieć jakiekolwiek szanse, muszę się transformować a wtedy....

-Lepiej zakończmy teraz ten pojedynek. Widzę, że jesteś mocny a i ty miałeś okazje przekonać się o mojej sile. Nie widzę sensu dalszej walki.

-Tchórzysz? Nie pozwolę ci się teraz wycofać!

-To nie tchórzostwo Vegeta, jest po prostu coś czego nie wiesz.

-Gadaj zdrów!

Skoczył do mnie z pięścią. Częściowo udało mi się uskoczyć, lecz mimo to mnie trafił. Z rozciętej wargi pociekła mi krew.

-Jak wolisz. Tylko nie mniej potem do mnie pretensji jak cię zabiję.

-Ty mnie? Zamiast bajek powinnaś opowiadać dowcipy.

Zacisnęłam zęby- fala gorąca oblała moje plecy, po czym poczułam ból. Powoli rozwijałam kruczoczarne skrzydła. Pierwsza przystąpiłam do ataku. Zamachnęłam się pięścią- myślał, że zwykłe odsunięcie się pomoże- momentalnie wysunęły się ostrza i ugodziłam go w ramię. Niepokoił mnie fakt, że nie kontrolowałam ich pojawiania się. Posypały się kolejne ciosy. Był teraz silniejszy- czułam to wyraźnie, jednak teraz ja też dysponowałam większą mocą. Walka była zażarta- parowanie ciosów, ataki. Nie sądziłam, że potrafię tak walczyć. W pewnym momencie poczułam coś dziwnego. Miałam wrażenie, że to wszystko się nie dzieje tak naprawdę, że ja to tylko obserwuje z boku. Zły znak! Wiedziałam co to oznaczało. Próbowałam odskoczyć od niego, uciec, ale głupek rzucił się za mną w pogoń.

-Zostaw mnie, uciekaj!

-A niby czemu miałbym? Jak na razie to ty uciekasz!

Nie, proszę, nie w takim momencie. Muszę się utrzymać, muszę! Silne kopnięcie w brzuch. Padłam bez tchu na kolana. Czułam krew w ustach. Metaliczny smak. Nie, tylko nie to....Krew. Pragnę krwi. W tym momencie stałam się tylko widzem. Kompletnie nie miałam wpływu na to co robi moje ciało. Vegeta coś mówił, ale do mnie dochodziły tylko niezrozumiałe dźwięki. Potem wszystko zawirowało. Ciosy padały błyskawicznie. Jeden za drugim. Szpony- była na nich krew. Na ten widok czułam jakby się coś we mnie gotowało. Krwi! Więcej krwi! Widziałam, że mój oponent robi co może, ale przeraziła go ta sytuacja. Jego ataki były równie nieudolne co bloki. Padł na plecy, wtedy rzuciłam mu się do szyi. Nie!!! Na chwile moje ciało zawahało się.

-Zepchnij mnie...

Tylko tyle mogłam mu pomóc. Patrzył na mnie jak na obłąkaną. Bałam się, że za chwilę znowu szał weźmie górę nade mną.

-Zepchnij mnie do ciężkiej cholery!

Widać dysponował jeszcze resztkami sił, bo moc z jaką mnie odepchnął odrzuciła mnie na dość sporą odległość. W pozycji pół klęczącej, pół leżącej, toczyłam bitwę sama z sobą o panowanie nad ciałem. Udało mi się. Wstałam chwiejnym krokiem. Vegeta przykucną i nie wyglądał najlepiej. Pełno wszędzie zadrapań i krwi. Ciężko dyszał. Ja wcale nie wyglądałam lepiej- przynajmniej moje ręce. Koniec tego pojedynku! Przeszłam w „tryb leczący” jak nazywałam tę fazę. Od „bojowej” odróżniał ją kolor skrzydeł- już nie były oba czarne- jedno było śnieżnobiałe. Kiwając się na boki doczłapałam jakoś do Vegety (bo chodem to ja bym tego nie nazwała). Kucnęłam obok niego.

-A to co za nowa sztuczka?

-Żadna sztuczka. Tylko jakbyś mógł się przez chwilę nie ruszać.

W moich dłoniach rosła mleczna kula- gdy dotknęła ciała wojownika, na moment otoczyła go taka sama mleczna poświata. Teraz był zdrowy. Z zadowoleniem stwierdziłam, że na dłoni nie było śladu po ostrzach. Teraz moja kolej. Od razu lepiej. Vegeta wstał od razy, sprawdzając swój stan. Ja z trudem podniosłam się z kucek- rany owszem zniknęły, ale wyczerpanie zostało.

-Huh, nie jest tak źle. Myślałam, że nawet nie dam rady wstać.

Akurat w tym momencie musiało oczywiście ostro zawiać. Straciłam równowagę i padłam jak długa na ziemię. Ze złością stwierdziłam, że nie mam siły wstać. Ogromnym wysiłkiem było dla mnie, żeby usiąść. Zdyszana spojrzałam na wojownika- miał jakiś nieprzyjemny uśmieszek.

-A jakbym cię teraz tak załatwił??

Łypnęłam na niego spode łba.

-Jestem zbyt wycieńczona, żeby powiedzieć ci co myślę o tobie i tym pomyśle.

-Doprawdy? Naprawdę jestem ciekaw co masz mi o powiedzenia.- wziął mnie na ręce.

-Co robisz?

-Lecimy do domu. –mówiąc to wystartował do lotu.

Hmmm fajnie, jeszcze nigdy z nikim nie leciałam. W sumie facet nie był taki zły, tylko straszny nerwus z niego. Przy nim to ja jestem oaza spokoju. Dręczyła mnie tylko jedna myśl- jak ja wrócę do domu? Jak wskoczyć do swojego wymiaru?? Nawet się nie obejrzałam jak zaczęliśmy lecieć nad ludzkimi zabudowaniami. Jakieś dziwne te domy... Wylądowaliśmy na trawniku przed śmiesznym, wyglądającym trochę jak kula budynkiem.

-To twój dom Vegeta?

-Nie, mieszkam tu gościnnie.

Drzwi same się przed nami otworzyły- w środku było bardzo dużo miejsca- na półkach stały jakieś dziwne przedmioty. Minęło nas coś, co wyglądało jak człowiek, tylko, że był cały z metalu i jeździł na kółkach. Do jakiego świata ja trafiłam?! Weszliśmy do mniejszego pokoju- położył mnie na łóżku.

-Trzeba ci czegoś? Lekarstw ?

-Yyy nie. Tylko trochę odpoczynku. Jutro będę już pełna sił.

-Dobrze, bo jutro dokończymy tę walkę. I nie próbuj żadnych aktorskich sztuczek.

-Cco!? Zgłupiałeś?! Nie widziałeś jak się to o mało nie skończyło dla ciebie?! Człowieku, jak walczę poddana metamorfozie to w pewnym momencie tracę kontrolę nad tym co robię! Miałeś dużo szczęścia, że udało mi się choć na moment opanować! A ty chcesz jutro to powtórzyć!? Życie ci nie miłe?!

-Nie wrzeszcz na mnie! Teraz już wiem na co się stać i będę ostrożniejszy. A może chcesz się wykręcić, bo boisz się przegranej?

-Ostrożniejszy? Jak ci się uda przeżyć! I wcale nie boję się przegranej bo znów ci skopię tyłek jak to się stało dziś!!!

-Widzę, że faktycznie szybko wracasz do sił. Jeszcze przed chwilą ledwo mówiłaś, a teraz nawet zaczynasz żartować.

Już nabierałam powietrza, kiedy wpadła do pokoju jakaś dziewczyna o zielonkawych włosach. Na oko mogła być w moim wieku.

-Co to za krzyki!? Vegeta, co ty mi sprowadzasz jakąś awanturującą się babę?!

-Awanturującą się babę!? To on zaczął! On mnie zaatakował! I on zaczął kłótnię!!

Dziewczyna przyjrzała mi się badawczo. Potem spojrzała na Vegetę.

-Nie wyglądacie jakbyście walczyli.

-Bo nas uzdrowiłam! Przez jego głupotę omal nie zginął!

-Skoro jesteś zdrowa to co robisz w moim domu?!

-Dość tego! Normalnie jak przekupy na targu!! Ona zostaje bo nie ma sił ! Poza tym jutro znów będę z nią walczył, jasne!? – i jaśnie pan, wyszedł trzaskając drzwiami.

-Przepraszam, poniosło mnie. Jesteśmy w twoim domu a ja wydzieram się jak głupia. Mam na imię Äeri. –wyciągnęłam z trudem do niej rękę.

-Bulma. Naprawdę z nim walczyłaś?

-Tak. Głupio dałam się sprowokować. Następnym razem powinnam być bardziej ostrożna....i tu opowieść o tym co się stało......

-W niezłe wpakowałaś się tarapaty bajarko. Dziś jest już trochę późno, jutro zobaczymy co da się z tym fantem zrobić. Dobranoc. –wyszła zamykając za sobą drzwi.

Chciało mi się spać, ale przecież nie będę spać w ubraniu. Sił starczyło mi tylko na ściągnięcie płaszcza.....Spałam długo i bardzo głęboko, gdy się obudziłam słońce było już bardzo wysoko nad horyzontem. Oczywiście zajęło mi trochę czasu uprzytomnienie sobie, gdzie ja właściwie jestem. Gdy tylko zsunęłam się z łóżka do pokoju wpakowało się coś wyglądające jak człowiek tylko, że całe z metalu. Dziwnym metalicznym oznajmiło mi, że już prawie południe, że muszę się umyć i że wszyscy na mnie czekają. Następnie rzuciło mi na łóżko jakieś ubrania. Fajnie. Jak zapytałam o łaźnię, metalowa puszka wskazała mi małe pomieszczenie z lustrem i kabiną z przezroczystymi szybami. Na ścianie jakieś kurki- kraniki aaaaaa zimna!!!!! Po dość szybkim rozpracowaniu działania kurków umyłam się. Spojrzałam na ubrania jakie leżały na łóżku. Granatowe spodnie z jakiegoś dziwnego materiału i biała zapinana koszula. Hmmm spodnie nawet bardzo fajne. Do tego czarne botki- spojrzałam na siebie w lustrze- nieźle, całkiem nieźle. Wyszłam z pokoju i...nie wiedziałam gdzie mam iść. Weszłam do pokoju obok- na półkach i regałach stało tam pełno dziwnych metalowych sprzętów. Miały jakieś gałki, pokrętła, przyciski. Na cholerę komu tyle żelastwa?!

-Widzę, że oglądasz moje zabawki.

Do pokoju wszedł siwusieńki pan ze śmiesznym wąsem i małym czarnym kotkiem na ramieniu. Zabawki?? Chyba nie wiem o co chodzi...

-Jestem ojcem Bulmy. Słyszałem, że znów masz walczysz z Vegetą. Ja go naprawdę nie rozumiem, nic tylko by walczył i walczył. Ja tam wole sobie posłuchać muzyki o włączę ci coś. Posłuchaj. Przycisnął jakieś guziki na największej skrzynce- coś zacharczało zaszumiało i ....odskoczyłam wystraszona, stałam w dźwięku! Grała jakaś orkiestra, ale jej nie widziałam. Dosłownie dałabym głowę, że koło mnie muszą być gdzieś pochowani muzycy!.

-To z tych małych głośniczków.- wskazał na małe szare prostokąciki z kulami w środku. Podeszłam bliżej- faktycznie, jak przyłożyłam ucho słyszałam muzykę. Oniemiałam z zachwytu. To lepsze niż magia. Stanęłam na środku sali i zamknęłam oczy. To było piękne, muzyka dosłownie otaczała mnie.

-To niesamowite. Jak to w ogóle jest możliwe? –popatrzyłam na ojca dziewczyny. Ten tylko uśmiechnął się.

-Bardzo się cieszę, że ci się to podoba. Choć jedna która potrafi docenić dobry dźwięk. Ale nie mówmy teraz o muzyce, pora na śniadanie, ty przecież musisz być bardzo głodna!

Śniadanie było inne niż to do jakich przywykłam w swoim świecie, było niemniej jednak bardzo smaczne. Wszyscy zjedli dużo wcześniej niż ja, więc towarzystwa dotrzymywał mi tylko ojciec Bulmy. Potem ruszyłam na poszukiwania Vegety. Miałam cichą nadzieję, że jednak uda mi się go namówić na rezygnację z walki. Znalazłam go w jakimś śmiesznym pomieszczeniu z olbrzymią metalową rurą po środku. On siedział i ciężko dyszał. Wyglądał na nieludzko zmęczonego. Zabawne, bo nie widziałam tam niczego co mogłoby go tak zmęczyć. Może zrobił tyle pompek, że spocił się jak mysz??

-Nareszcie wstałaś.

-Tia, mnie też miło cię widzieć .-rozejrzałam się po pokoju. –Co to za pomieszczenie?

-To mój pokój do ćwiczeń. Chcesz to ci pokażę. –ten wredny uśmieszek wcale mi się nie podobał. Vegeta podszedł do rury, poprzyciskał jakieś guziczki.

-Na początek, jako, że jesteś nieprzyzwyczajona zaczniemy łagodnie- jedynie 3G.

Nacisnął największy klawisz na konsoli i nagle poczułam, że jestem cholernie ciężka, dosłownie nie mogłam się ruszyć. Z ledwością oddychałam. On z kolei wyglądał jakby w ogóle nie odczuł żadnych zmian.

-Co się stało? Nie mogę się ruszyć!!

-zmiana przyciągania. Najlepszy sposób na szybkie rezultaty, ale jak widzę jesteś takim słabeuszem, że ledwo 3G cię rozwala. –przycisnął małą dźwignię i wszystko wróciło do normy.

-Słuchaj no, ty panie-najsilniejszy-w-całym-kosmosie, ja nie jestem wojownikiem, siłaczem czy kimkolwiek takim! Jestem cholerną bajarką a do tego zawodu nie potrzebuję mięśni ze stali!

-Ciekawe, czy każda bajarka ma noże wychodzące z dłoni i może poddać się metamorfozie, co?- spojrzał na mnie drwiąco.

-Nie, to jest typowe dla każdego. Dlatego chcę cię raz jeszcze prosić byśmy darowali sobie tę walkę. Stanowię zbyt duże zagrożenie i to nie tylko dla ciebie, ale i siebie.

-Za duże zagrożenie? Ty się po prostu boisz, przyznaj to.

-Tak, boję się.- już zaczynał się uśmiechać bezczelnie.- Boję się, że cię okaleczę albo w najgorszym wypadku zabiję, a nie chcę mieć więcej ofiar na sumieniu niż mam.

-O to bym się nie bał, bo mam dla ciebie małą niespodziankę, ale o tym powiem ci przed walką.

Grrr jaki on jest uparty!! Wzruszyłam ramionami i wyszłam. Przez resztę dnia poznawałam sposób obsługi sprzętu grającego. To wcale nie jest taki trudne! Albo ja mam prawdziwy talent do tego. A ta muzyka! Jaka ona jest inna od tego co słuchałam we własnym świecie. Szkoda, że nie będę mogła zabrać tego ze sobą. Tia, tylko jak ja mam wrócić do domu?

-Jesteś gotowa?

-Hę? Na co? Co? Aha, to.

Wyszliśmy na zewnątrz domu. On nagle rozbłysnął białą aurą i odleciał. Fajnie a ja to co?! Usiadłam sobie na trawie i czekałam aż się zorientuje, że mnie nie ma. Nastąpiło to szybciej niż myślałam.

-A ty co? Czemu nie lecisz?

-A niby jak mam to zrobić co?! Latać nie potrafię a i ptasich skrzydeł też nie mam! –za późno ugryzłam się w język.

-Może one i nie ptasie, ale skrzydła masz.- zadrwił ze mnie.

-Słuchaj no, te skrzydła do latania nie służą! Jasne?!

-Co to za skrzydła na których się nie lata! Przyznaj, że po prostu nie umiesz i tyle!

-Nie wiem czy nie umiem bo nigdy nie próbowałam! I jeszcze raz spojrzysz na mnie drwiąco, to przysięgam, że jak stracę nad sobą kontrolę to nie będę się starała jej odzyskać!!!

-Nie wrzeszcz na mnie! Jestem do cholery księciem i byle bajarka nie będzie mi grozić!

-Byle bajarka? Pamiętaj, że ta byle bajarka wczoraj skopała ci tyłek jaśnie panie!!

Poszedł do mnie. Ze złości żyły powyłaziły mu na czoło. Szybkim ruchem wziął mnie na ręce i wystartował do lotu.

-Jeśli nie chcesz brać przyśpieszonych lekcji latania to lepiej stul dziób.- wysyczał.

Oczywiście korciło mnie, żeby coś powiedzieć, ale lecieliśmy trochę wysoko a pod nami nic tylko piaski. Ech, wolałam sobie odpuścić...

Wylądowaliśmy na miejscu wczorajszej walki. Piasek, trochę jakiś skał, żywego ducha w okolicy. Super.

-Pamiętasz, miałem ci coś powiedzieć przed walką. Widzisz, nie licz, że dzisiaj wygrasz, nie masz na to szans.

Podniosłam brew –Doprawdy?

-Ludzie z mojej rasy to urodzeni wojownicy, każda prawie śmiertelna dla nas walka wzmacnia nas, wiesz tak jak w tym przysłowiu- co cię nie zabije to cię wzmocni. Dosłownie. –uśmiechnął się a mnie przeszedł dreszcz.

-Pożyjemy, zobaczymy.

Odsunęliśmy się na pewną odległości od siebie. Skupiłam się na jego postaci. Myślałam o tym, żeby zrównoważyć atak i obronę. Zaczęłam pierwsza. To był błyskawiczny atak, ale on mi uciekł. Stanął mi za plecami i złoił tak, że aż zabrakło mi tchu. Wczoraj nie byłby w stanie tego odparować. Nie kiedy nie był poddanym metamorfozie. Spróbowałam raz jeszcze- nawet nie udawał, że unikanie moich ciosów stanowi dla niego jakiś problem. Teraz on zaatakował. Uderzył mnie w brzuch. Poczułam, że robi mi się słodko w ustach.

-Mówiłem, że dziś mnie nie pokonasz. Lepiej poddaj się od razu.

To nie fair. Oszukał mnie. Gdybym wiedziała, że jego poziom tak podskoczy też bym się przygotowała. Ale teraz nie ma co mu tego wypominać. Za późno a i ja mogłam cos takiego przewidzieć. Byłam zła, na siebie na niego. Metaliczny posmak w ustach. Krew. Wyplułam ja na piach, widziałam jak szybko wsiąka w wysuszona ziemię. To jego krew powinna tu wsiąkać, nie moja. Dam mu nauczkę, będzie jeszcze błagał o życie. Zrobiło mi się ciepło, znajomy ból w okolicach blizn. Stanęłam w końcu na nogi. Rozwinęłam kruczoczarne skrzydła. Nie wiem jakie miałam mimo to z nim szanse, ale się nie poddam. Urodziłam się po to by zabijać i on się wkrótce o tym przekona.

-Widzę, że ktoś się już przemienia. Szybko zważywszy, że to dopiero rozgrzewka.

Zamknęłam na chwilę oczy. Skupić myśli i do ataku! Byłam teraz dużo szybsza. Dorównywałam mu prędkością. Nie mógł już tak łatwo uniknąć moich ciosów. Ale mógł to zblokować. Chwycił mnie za dłoń, ale momentalnie ją puścił- w tej chwili wysunęły się ostrza. O chwilę za późno. Vegeta uśmiechnął się wrednie.

-Drugi raz, mnie na to nie nabierzesz.

Potem posypały się jego ciosy. Był za mocny, o wiele za mocny dla mnie. Upadłam na jakąś twardą skałę. Z w wściekłości zaczęłam posyłać w niego pociski- w walce wręcz nie miałam najmniejszych szans. Odbijał moje pociski, a te, które go doszły, nie zraniły go tak mocno jak się spodziewałam.

-Biedna dziewuszka, ależ się musisz męczyć. Ale to jeszcze nic. Teraz dopiero poznasz moją potęgę!!!

Wrzasnął nieludzko, a jego postać otoczyła złota poświata, no i oczywiście stał się blondynem. Czułam, że moje położenie staje się coraz bardziej beznadziejne. Nie mogę dać mu rady w walce wręcz, ani posługując się pociskami. Co mi pozostało?

-Czemu masz taką przerażoną minkę? Czyżby ktoś może chciał się poddać? Powiedz tylko słowo.

Więc o to ci chodzi. Wczoraj skopałam ci ten zmienno barwny tyłek i męczy cię to. O nie, nie poddam się! Udowodnię ci, że jestem lepsza. Za wszelką cenę będę walczyć, choćbym nawet miała...

-No co tak stoisz? Może ruszyłabyś do ataku co?

-Skoro tak ładnie o to prosisz.

Postanowiłam postawić wszystko na jedną kartę. Pozwoliłam by ogarnęła mnie wściekłość. Specjalnie zaczęłam rozkoszować się smakiem własnej krwi. Nagle jakbym straciła kontrolę nad tym co robię. O to mi chodziło. Krew! Chcę się taplać w jego krwi!!! Rzuciłam się z furią. Atak wręcz, pociski, wszystko zaczęło się mieszać. Dodatkowo nabrałam niesamowitej prędkości i moja siła jakby wzrosła. To go zaskoczyło, ale nie na długo. Jak zaczął kumulować kule ognia to rozwalił wszystkie skały w okolicy. Zabawne, ale jakoś nie było mnie wstanie przerazić. Za każdym razem jak go trafiłam czułam dziką radość, chciałam jeszcze! On też mnie trafiał, owszem, widziałam, że krwawię, ale nie czułam bólu. Nic nie czułam prócz chęci zabijania. W pewnym momencie obraz zamazał mi się, nie widziałam co robię. Czułam, że się ruszam, że walczę. Nie wiem ile czasu upłynęło kiedy znów odzyskałam ostrość wzroku. Vegeta był mocno poraniony. Kątem oka widziałam, że stoję w kałuży krwi, własnej. Ręce miałam całe poranione, jedno skrzydło sterczało jakoś bezwładnie.

-Nie spodziewałem się takiego oporu z twojej strony. Ale to na nic. Nie wygrasz ze mną. Ledwo stoisz na nogach. Poddaj się.

Czułam, że twarz wykrzywia mi się w grymasie uśmiechu – Nyghdy- moja wola wycharczała za mnie.

Zaczęłam kumulować moc. Widziałam jak z całego mojego ciała zaczął wyciekać karminowy płyn.

-Przestań, wykrwawisz się. Poddaj się i to natychmiast!

Miałabym się poddać? Po tym jak wciągnął mnie w tę nierówną walkę? Pokażę mu na co mnie stać. Złożyłam dłonie. Pojawiła się w nich szkarłatna kula. Jak szła ta inkantacja? Nieprzenikniona ciemność....Czułam jak powietrze elektryzuje się od mojej mocy. Nie zwracałam już uwagi na jego wrzaski i na to, że stoję w coraz większej kałuży krwi. Patrzyłam jak czerwona kula rośnie i rośnie...aż zapadła ciemność.

Obudziłam się cała obolała. Nie było chyba fragmentu mojego ciała, który nie paliłby mnie żywym ogniem. Byłam w jakimś pomieszczeniu. Pokój tak biały, że aż bolało patrzeć na niego. Chciałam się ruszyć. Nie mogłam. Spojrzałam po sobie. Z mojego ciała wychodziły rurki, kabelki i co tylko! Prowadziły one do jakiegoś urządzenia. Gdybym miała siły to bym krzyknęła a ta tylko wydałam jakiś bliżej nieokreślony dźwięk.

-Nareszcie się obudziłaś.

Obróciłam lekko głowę. Vegeta stał nad moim łóżkiem. Dlaczego nie miał żadnego śladu po naszej walce??

-Trzeba było się poddać. Nie musiałabyś przynajmniej teraz tu leżeć. A tak w ogóle to po co ci to było? O mało się tam nie wykrwawiłaś!!

-Poddać się? Od początku wiedziałeś, że nie mam szans. Przyznaj, że walczyliśmy tylko po to, żeby podreperować twoje nadszarpnięte ego. Przecież nie przystoi, żeby księcia pokonała byle bajarka co?

Nie mówił nic. Spuścił wzrok.

-Twoje milczenie wbrew pozorom mówi wszystko.

-Dlaczego tak ryzykowałaś? Mogłaś tam zginąć.

-Bo mnie wkurzyłeś. Gniew wziął górę nad zdrowym rozsądkiem i wpadłam w szał. W pewnym momencie w ogóle nie wiedziałam co się dzieje. Nie czułam bólu ani osłabienia. Jak to się stało, że jednak przeżyłam? Bo na pewno nie zemdlałam sama z siebie.

-W pewnym momencie zaczęłaś gromadzić niesamowitą moc. Naprawdę nie wiem, gdzie ty kryłaś te zapasy. Jednak twoje ciało było zbyt na to osłabione. Krew tryskała z każdej twojej rany. I tak jej już wtedy dużo straciłaś. Jak gapiłaś się na tę kule w swoich dłoniach skoczyłem i zdzieliłem cię w łeb. Miałem nadzieję, że stracisz przytomność. I wtedy wszystko się uspokoiło.

-Cóż, wygląda na to, że chyba uratowałeś mi życie. Bo wtedy wcale nie miałam ochoty przestać.

-Co ty w ogóle tam kombinowałaś? Co to była za kula?

-W złości stwierdziłam ,że skoro nie mogę pokonać ciebie to zmiotę cię razem z planetą. I z sobą przy okazji.

W tym momencie do pokoju weszła Bulma. Spojrzała na nas po czym wściekle zaczęła wrzeszczeć na Vegetę.

-Patrz co narobiłeś? Kto to widział, żeby tak pobić dziewczynę! Powinieneś się wstydzić! Przecież ona nic złego nie zrobiła, ale ta twoja duma! Ty....

W tym momencie cos zapiszczało w jej torebce. Wyciągnęła małe pudełeczko i przyłożyła je do ucha. Wyszła na zewnątrz. Nie wytrzymałam i zaczęłam się śmiać.

-No proszę, widzę, że trafił swój na swego. Ty jesteś furiat, ale ona bije cię na głowę. Nie powiem, dobrana z was para.

-Jaka tam para Ja tylko u niej mieszkam!

-Jaaasne, teraz to tak się załatwia. Tylko u niej mieszkasz. –puściłam do niego oko.

-Mówiłem ci, że moja planeta została zniszczona, a ona zaoferowała mi dach nad głową.

-I chcesz powiedzieć, że nic między wami nie ma?

-Między nami? Jakie między nami?! Żadnego „nas” nie ma!!

-Dobra, już dobra. Skoro tak mówisz. A teraz pomóż mi się podnieść.

-Żartujesz? Chcesz jeszcze pogorszyć swój stan?

-Ty tu teraz nie udawaj, że przejmujesz się moim zdrowiem. Pomóż mi do cholery!

Usiadłam o ile tak można było nazwać tę śmieszna pozycję. Byłam cała w bandażach i gipsie. Wyglądałam jak mumia, słowo daję.

-I co teraz?

-Teraz rozerwij mi te bandaże na plecach siłaczu.

Uśmiechnął się tylko.

-Wiedziałam, że w końcu załapiesz co chcę zrobić.

Poczułam tylko lekkie szarpnięcie. Moment koncentracji- musiałam przejść w tryb „leczący” Auuuu boli.

-Co tam się stało?! Nie mogę rozwinąć skrzydeł!

-Zakleili ci te blizny po nich.

Łypnęłam na niego spode łba.

-To czemu mi tego nie odkleiłeś?!

Aaa!! Mógł to zrobić trochę delikatniej. Ponownie skupienie myśli. Jest! Jedno białe, drugie czarne. Mleczna poświata wokół mnie i czuje się jak nowo narodzona. Wszelkie siniaki, zadrapania, złamania, czy cokolwiek ja tam jeszcze miałam zniknęło bez śladu. Poprosiłam go o pomoc w pozbyciu się reszty bandaży. Owinęłam się w prześcieradło i zeskoczyłam z łóżka. Dopiero teraz zauważyłam, że nie mam się w co ubrać.

-Vegeta, nie mógłbyś skombinować mi jakiegoś ubrania?

-Czy ja wyglądam jak garderobiany?

-Choć raz byś się nie kłócił! Przecież nie wyjdę na miasto w prześcieradle!

-A czemu by nie? Mnie tam się tak podobasz. –dlaczego za każdym razem jak on się uśmiecha mnie po plecach przechodzą dreszcze??

-Bardzo się cieszę, że ci się podoba, ale może się innym nie spodobać. Poszukasz więc czegoś dla mnie, czy mam o to poprosić Bulmę?

Ten bez słowa podniósł mnie na ręce, otworzył okno i ....polecieliśmy do domu. Trochę słabo się owinęłam w to prześcieradło, zmarzłam jak cholera. Wlecieliśmy oknem do mojego pokoju- to rozumiem z dostawą do domu. Postawił mnie na ziemi a ja z zimna ledwo trafiając zębem na ząb jakoś mu podziękowałam. On wyszedł a ja się ubrałam w swoje ciuchy. Potem wyszłam go poszukać- był oczywiście w swoim pokoju ćwiczeń. Zastukałam bo sądząc po ostrzegawczych światełkach, przeciążenia musiały tam panować nieludzkie. Powiedzieć, że długo kazał mi czekać to naprawdę eufemizm. Zmęczony, poobijany i spocony wylazł ze swojej nory.

-Czego chcesz?

-Czasami powalasz mnie swoją uprzejmością. Czy ty aby naprawdę masz w sobie książęcą krew? Ale do rzeczy. Tamta walka, przyznajmy to szczerze nie była zbyt uczciwa. Chcę rewanżu. Za dwa dni, w tym samym miejscu. Co ty na to?

-Czyżby nagłe ozdrowienie przywróciło ci poczucie humoru? Skoro chcesz znowu ledwo ujść z życiem to proszę cię bardzo.

-Nie wierzysz, że mogę wygrać?

-Ze mną? Teraz? To byłby cud.

-Jeszcze zobaczymy.

W tym momencie pojawiła się Bulma. Najpierw zaczęła wrzeszczeć, że jak on mógł zabrać mnie ze szpitala taka połamaną, a kiedy zobaczyła mnie całą i zdrową to znowu zaczęła wrzeszczeć, że mogliśmy na nią poczekać. Zrobiłam przepraszającą minę i poszłam sobie stamtąd. Niech Vegeta sobie z nią radzi sam. Wyszłam do ogrodu, przemyśleć plan działania. Tak, dwa dni to stanowczo wystarczająco. To naprawdę dużo czasu by wielokrotnie podnieść pojemność magiczną. Teraz to on będzie niemile zaskoczony, ja się drugi raz tak zrobić nie dam. Z zamyślenia wyrwał mnie ogłuszający ryk. Drogą przejechało coś dwukołowego. I to było cholernie szybkie. Natychmiast pobiegłam do ojca naszej gospodyni spytać się co to było.

-Dwa koła? To pewnie motor.

-Motor?

-No wiesz, taki pojazd, jak auto, tylko, że na dwóch kołach.

Wcześniej tłumaczył mi co auto, więc stąd byłam taka mądra.

-Chciałabyś się na czymś takim przejechać?

-Jasne! Bo to chyba nie jest zbyt trudne?

-To zależy. Chodź, poszukamy jakiegoś modelu dla ciebie.

Weszliśmy do wielkiego pomieszczenia o nazwie „garaż”. Rzędem stało tak kilkanaście takich dwukołowych maszyn- większych mniejszych, zabudowanych, albo takich z wszelkimi rurami na wierzchu. Mnie od razu w oczy rzucił się jeden model- krwiście czerwony z dwoma literami R po bokach. Stanęłam prze nim jak wryta. Normalnie oczu nie mogłam oderwać.

-Ten- wskazałam na niego –ten mi się podoba.

-Faktycznie piękna maszyna, ale trochę szybka, możesz sobie z nim nie poradzić.

-Czy mogłabym chociaż spróbować?

-Ależ oczywiście, tylko ubierz się odpowiednio.

Po chwili, ubrana od stóp do głów w skórzany kombinezon, byłam gotowa na pierwsze lekcje jazdy na tym cudzie.

-I widzisz, tą manetką kręcisz, wciskasz tę dźwigienkę, potem tu w nodze. Nie, nie to, tylko to, bo ci silnik zgaśnie. Nie, tym hamujesz. Wiesz co, poczekaj chwilę. Wyprowadził motor przed garaż.

-Wsiądź i spróbuj się przejechać. Tylko ostrożnie!

Przekręciłam kluczyk, silnik cicho zawarczał. Manetka, dźwigienka, yyy która to noga miała być? Uff, jakoś ruszyłam. Zakręty, start, hamowanie. Wydawało mi się, że szybko załapałam jak się tym kieruje. Ojczulek Bulmy małym czymś latającym przewiózł nas na tor wyścigowy. Ot kawał drogi wyłożonej czymś czarnym. Mówił, że tu będę mogła sobie poszaleć. No to wsiadłam, odpaliłam i hulaj dusza piekła nie ma! Jeździłam tak długo, dopóki silnik nie zgasł. Ojczulek stwierdził, że zużyłam całe paliwo- niech mu będzie ja tam nic nie wiem. Oj spodobało mi się. Nie przeszkadzało mi nawet zaliczenie na początku kilku przewrotek. Ta prędkość. Chyba tylko w ramionach Vegety (czy ja naprawdę powiedziałam w ramionach? Oj źle to wróży....) miałam okazję doświadczyć takich prędkości. Po sprzęcie grającym, motor to kolejna zabawka którą chętnie zabrałabym ze sobą.

Następnego dnia, wypożyczyłam mały pojazd latający i udałam się w odludne miejsce(czyli tam, gdzie walczyliśmy ostatnio). Usiadłam sobie wygodnie, rozłożyłam skrzydła i dalej powiększać pojemność! Tak bardzo się na tym skupiłam, że nawet nie zauważyłam kiedy się ściemniło. Byłam bardzo, ale to bardzo zmęczona ale i szczęśliwa. Poczyniłam dziś olbrzymie postępy. Gdyby teraz Lina albo Xellos mogli widzieć jaką mam moc. A jutro miałam powtórzyć ten rytuał. Aż sama do siebie śmiałam się na myśl o walce. Byłam bardzo ciekawa jak ta moja siła się sprawdzi w warunkach bojowych. Następnego dnia, skoro świt udałam się na mój ulubiony fragment odludzia. Znowu dawałam z siebie wszystko. Moja energia osła i rosła. To niesamowite, móc czuć jak ciało wypełnia się czystą, pierwotną mocą. Tej nocy nie mogłam długo usnąć. Nie, wcale nie z nerwów. Z ciekawości. Po prostu nie mogłam się doczekać, bo sprawdzić się następnego dnia.

Rano, wszyscy mówili mi, że wyglądam bardzo promiennie. Nawet ten złośliwiec stwierdził, że jeszcze nigdy nie widział kogoś, kto ma świadomość czekającego go lania z tak wesołą miną. Z uśmiechem zapewniłam go, że on raczej widzi tego kto owo lanie spuści. Tym razem, żeby go nie przemęczać, skorzystałam ponownie z małej latającej maszynki. On oczywiście szybciej był na miejscu.

-Vegeta, mam pewną propozycję.

-Nie myśl, że pozwolę ci się wycofać.

-Ależ ja nie oto chcę pytać.

-Czego chcesz?

-Uprzejmy jak zawsze. Słuchaj, jeśli wygram, zrobisz coś dla mnie.

Spojrzał na mnie nie ufnie. –Co niby miałbym zrobić?

Zmrużyłam oczy. –To, czego sobie zażyczę.

-A jeśli ja wygram to zrobisz to czego ja sobie zażyczę?

-Czemu nie, choć mogę cię zapewnić, że to raczej mało prawdopodobne żebyś wygrał.

-Myślisz, że dwa dni tajemniczych treningów ci pomogą?

-W zupełności. Podejrzewam, jeden dzień, to byłoby już wystarczająco dużo, ale wolałam mieć pewność, że niczym mnie nie zaskoczysz.

-Jaka pewna siebie. Zaraz zrzednie ci tam mina.

-To chodź, spróbuj szczęścia.

Widać postanowił od razu walczyć na poważnie, bo natychmiast z uroczego bruneta stał się blondynem (czy ja powiedziałam „ z uroczego”?!). Zaatakował. To było śmiesznie łatwe. Nawet nie musiałam się wysilać, żeby odparowywać jego ciosy. Ja je po prostu omijałam. Nacierał coraz bardziej zaciekle. No to jak się tak dopraszał to uderzyłam go dwa razy- oberwał w prawy łokieć i kolano. Mocno. Zachwiał się ,ale nacierał ponownie. Tym razem to on nie miał żadnych szans ze mną. Postanowił zaatakować wykorzystując pociski- teraz to dopiero miałam ubaw- biedaczysko wcale nie mógł we mnie trafić! Widziałam się miota, jak rośnie w nim wściekłość. Znałam to uczucie. Bezsilna złość. On tu się stara z całych sił a ja nawet nie byłam zmuszona wysunąć ostrzy. Przeszłam do ataku. Nie uderzałam z całej siły. Chciałam go tylko osłabić, podłamać na duchu. Jego ataki zaczęły się robić coraz bardziej nieudolne, szwankowała obrona. To naprawdę zaczynało robić się żałosne a co gorsza, on chyba z tego też zdawał sobie sprawę. Trzeba było to kończyć. Ponownie uderzyłam w kolana i łokcie. Ryknął z bólu i przewrócił się na plecy. Ciężko mu się było ruszyć. Usiadłam na nim okrakiem.

-Czy teraz jesteś sobie w stanie wyobrazić co czułam wtedy? Perfidne prawda? Walczyć z kimś, gdy się wie, że przeciwnik nie ma najmniejszych szans. –wysunęłam ostrza i rozłożyłam skrzydła. Pogłaskałam go po policzku.

-Mogłabym się teraz odegrać za tamtą przegraną. I to krwawo odegrać, ale na twoje szczęście, dziś szału krwi jakoś nie mam. Proponuję następujące rozwiązanie. Uznasz, że dziś jestem po prostu lepsza i nie widzisz dalszego sensu walki. Przetestowaliśmy się oboje i wiemy, że jesteśmy dobrzy. Każdy na swój sposób. Każde z nas raz przegrało i raz wygrało. Jest więc remis. Ja teraz proponuję przerwać walkę a ty się na to zgodzisz. Możesz protestować, ale zgodzisz się.

-Chcesz żebym się poddał? Nigdy!

-Ta walka pozostanie nierozstrzygnięta i tyle. Sam widzisz, że między nami jest zbyt wielka dysproporcja. To byłaby farsa a nie pojedynek. W przeciwieństwie do ciebie, nie bawi mnie łojenie skóry słabszemu od siebie.

Popatrzył na mnie bez słowa. Westchnął ciężko.

-Dobra, niech będzie. Ale nigdy nie stwierdzę, że jesteś lepsza ode mnie. Masz dziś po prostu farta. –uzdrowiłam go w tym momencie.

-O co ci chodzi? Przecież nie każę ci się przyznawać do żadnej porażki! Zresztą, po co się męczę. Ty i tak pewnie wiesz swoje. –zrezygnowana usiadłam na piasku. Usiadł obok mnie.

-Przyjmijmy, że dzisiaj wygrałabyś, -łypnęłam spode łba na to „wygrałabyś”, ten niezrażony ciągnął dalej –co niby takiego miałbym potem zrobić dla ciebie?

Hę? Tym mnie zaskoczył. Co on mógłby zrobić dla mnie? Spojrzałam na jego blond włosy i umięśnioną sylwetkę. Był inny niż Xellos, całkiem inny. A gdyby tak.... Uśmiechnęłam się przebiegle.

-Pójdziesz ze mną do parku rozrywki. –cóż bardziej mogłoby wkurzyć takiego super wojownika jak nie niańczenie kogoś kto przed chwilą złoił mu tyłek?

-Co?!

-To co słyszałeś. Pójdziesz ze mną do parku rozrywki.

-Nie będę cię niańczył! Jak chcesz tam iść to idź sama!

-I tyle warte słowo jaśnie pana.

-No dobra. Wygrałaś. Pod warunkiem, że nikomu nie powiesz, gdzie idziemy.- westchnął.

Ja tylko uśmiechnęłam się promiennie.

Poszliśmy następnego dnia. Ten park był ogromny! Chciałam zaliczyć wszystkie atrakcje naraz. Nie wiedziałam od czego mam zacząć, gdy zobaczyłam kolejkę górską. Koniecznie chciałam próbować przejażdżki, zapowiadało się na coś mrożącego krew w żyłach! Wsiedliśmy do wagonika. Powoli pod górkę, potem w dół. Heeejj to jest świetne!. Potem zakręt, drugi. Poczułam, że zaczyna kręcić mi się w głowie. Po jeszcze jednym zakręcie, mam żołądek w przełyku.

-Vegeta, ja muszę wysiąść.

-Teraz?! Oszalałaś?

-Ja muszę.

Kiedy spojrzał na mnie, wiedział od razu co się święci. Chwycił mnie w ramiona i na jednym z zakrętów po prostu odleciał wraz ze mną. Słyszałam tylko okrzyk zdumienia ludzi siedzących za nami. Wylądowaliśmy na kawałku jakiegoś skweru. Dalej było mi niedobrze. Weszłam w jakieś krzaki i....no w każdym razie, po chwili wyleciałam stamtąd radosna jak skowronek. W duchu obiecałam sobie, że nigdy więcej nie wejdę na coś takiego. Ten tylko zaczął drwić ze mnie, że skoro choruję to mogłam się nie pchać na coś takiego. Tylko, że niby skąd panie mądraliński ja miałam o tym wiedzieć?! Potem weszliśmy do Domu Strachów. Ciemno, straszna muzyka, pobrzękiwanie łańcuchem. To ma być straszne? Aaa! Zabierzcie to coś sprzed mojej twarzy! Bezwiednie wysunęłam ostrza i posiekałam kukłę. Znowu posłał mi ten politowania godny uśmieszek. No dobra, wygłupiłam się ,ale przecież się zdarza prawda? Po chwili jak on nie wrzaśnie, jak nie eksploduję ognista kulą.....Rozwalił pół budynku. Modląc się w duchu, żeby nikt nie widział, że to nasza sprawka oddaliliśmy się stamtąd w tempie iście rekordowym. Nie mogłam uwierzyć w to co zobaczyłam. Postrach galaktyki wystraszył się czegoś ślimakopodobnego....W pierwszej chwili miałam ochotę go wyśmiać, ale zmieniłam zdanie, bo jeszcze nie kupiłby mi waty cukrowej, którą tak chciałam spróbować. Słodkie i cholernie lepiące. Po chwili nie było chyba miejsca na mojej twarzy, które nie byłoby oblepione białymi kłaczkami. Gdy tak męczyłam się, by doprowadzić twarz do porządku, zauważyłam kolejną atrakcję parku. Maszyna mierząca siłę uderzenia a przy niej jakiś ogromniastych osobników. Daję głowę, że byli co najmniej trzy razy więksi od Vegety.

-Podejdźcie tu mili państwo! Zapraszamy! Sprawdź woja siłę i wygraj cenne nagrody!!

Gość, widząc moje zainteresowanie skinął w naszym kierunku.

-Proszę się nie wstydzić! Proszę bliżej!

No to podeszliśmy.

-Nie będę się bawił w takie bzdury. –Vegeta, ty żałosny smutasie, ja chcę tego misia!!!!

-Pewnie i tak by nic nie wygrał dla ciebie skarbie. Na oko to straszny słabeusz.

Oho, kłopoty! Już widziałam tę drgającą żyłkę na czole. Żeby zapobiec totalnemu zmieceniu tego miejsca z powierzchni ziemi, włączyłam się do akcji.

-Panie, nie wiesz co mówisz! W tym ciele tkwi przeogromna siła! Ba, kosmiczna wręcz moc. Ten facet samym mrugnięciem rozwala skały, a na rozgrzewkę góry przenosi! Aż boję się pomyśleć, co mógłby zrobić, przy pełnym wykorzystaniu siły!!- zapał w oczach podpatrzyłam u Amelii, teatralne gesty też.

-Yy, on naprawdę jest taki silny?

Uśmiechnęłam się idiotycznie do Vegety, robiąc przy tym tak maślane oczy w niby podziwie dla jego siły, że po prostu nie mógł przejść obojętnie koło tej maszyny. Uderzył naprawdę delikatnie, ale jak widać za mocno na maszynę. Ona się rozpadła w drobny mak.....Facetom spadły szczęki a ja sobie zażyczyłam największego misia z całej kolekcji.

-Cieszę się, że choć teraz przyznajesz, że jestem najsilniejszy.

-Wiesz, do zawodu bajarki prócz dobrej pamięci potrzebne są jeszcze pewne umiejętności aktorskie. Cieszę się, że je doceniasz. –posłałam mu najbardziej rozbrajający uśmiech na jaki mnie było stać. A potem dałam mu do targania misia, bo dla mnie był za ciężki.

-Chyba nie myślisz, że będę z tym łaził?!

-Ja mam to niby nieść!? Chyba cię pogięło! To jest dla mnie za ciężkie!

-Teraz to za ciężkie! Ty......

To co pewnie chciał powiedzieć na pewno nie dotyczyłoby mojej urody ani wdzięku, ale widać resztki książęcego wychowania w nim zostały, bo zamknął dziób i wziął miśka.

Po zaliczeniu wszystkich atrakcji miałam już serdecznie dosyć. Wracaliśmy do domu cali obładowani różnymi fantami, które wygraliśmy. Tak dokładnie to on szedł się obładowany. W pewnym momencie wyminęła nas jakaś piękna dwukołowa maszyna. Chcąc nasycić nią jeszcze oczy, zaczęłam biec jakimiś zaułkami. Niestety po chwili kompletnie straciłam orientację gdzie jestem. Przede mną ściana, koło mnie jacyś obwiesie a za mną obładowany Vegeta, drący się w niebogłosy, żebym się zatrzymała. Obwiesie ryknęli gardłowym śmiechem na ten widok. Jeden z nich wyciągnął składany nóż.

-Patrzcie, co za ludzi tu przywiało. Widać pani najwyraźniej zabłądziła. Może pomóc odnaleźć drogę? Ale to będzie kosztowało. –rzucił nóż koło mojej nogi. Vegeta tylko warknął śmiechem.

-Te, wielbłąd, co się tak śmieszy, co? –mruknął jeden aparycji szczura kanałowego.

-Nic takiego. Po prostu najpierw dałem wam pół minuty życia a potem stwierdziłem, że w spotkaniu z nią to naprawdę za dużo. Ta dziewczyna to urodzony zabójca. Pewnie zanim doliczę do pięciu, nie zostanie po was nawet ślad.

Co?! Czyżby próbował się odgryźć za tamten incydent przy tej głupiej maszynie?? Jednak jego słowa wywołały pewne poruszenie w szeregach tych meneli. Ten od noża tylko szpetnie się uśmiechnął i podszedł bliżej.

-Ciekawe, aż taka jesteś groźna. Z chęcią się o tym przekonam.

Czekałam, kiedy zada pierwszy cios. Ten tylko wziął moja dłoń, zwinął ja w pięść i ścisnął. Cholera, jaki uścisk! Sporo silnej woli kosztowało mnie to, by nie wrzasnąć.

-Ciekawe tylko, jak sobie panna poradzi z jedną ręką unieruchomioną.

W odpowiedzi podniosłam drugą dłoń i błyskawicznie wysunęłam ostrza. Facet drgnął.

-W drugiej dłoni mam takie same. Jeśli mnie nie puścisz, to przekonasz się osobiście jakie są ostre.

-Nie dasz rady ich wysunąć. –nie wierzył zbytnio w swoje słowa.

-Vegeta, mam to zrobić wolno, czy tak w oka mgnieniu?

-Proponuję ekspresowo, przynajmniej nie poczuje bólu. Aż takiego.- dodał grobowym głosem.

Facet stał blady jak ściana. Zdecydował się jednak puścić moją dłoń. Na udowodnienie, że nie blefowałam, wysunęłam, tylko, że tym razem powoli, ostrza drugiej ręki. Mogli się dokładnie przyjrzeć, jak noże tną skórę, kiedy się wysuwają. Huh, okropny widok, już wiem, czemu zawsze wysuwam je szybko. Obróciłam się na pięcie i odeszłam wraz z Vegetą.

Szliśmy do domu przez taki mały park. Zatrzymałam go na chwilę.

-Czego znowu chcesz?

Niezrażona, postanowiłam powiedzieć to, co sobie obmyśliłam. –Tylko tyle, że to był naprawdę miły dzień i chciałabym ci podziękować.

-Podziękować? –uniósł pytająco brew.

-Tak, podziękować. –spojrzałam raz jeszcze w te czarne oczy i...sama nie wiem co mi strzeliło do łba, ale go pocałowałam. Spojrzał na mnie jakoś tak niewyraźnie.

-Co? Nie godzi się, by zwykła bajarka całowała księcia?

-Nie, nie o to chodzi...-postawił wszystkie fanty na ziemię, zmierzył mnie wzrokiem jak się mierzy towar w sklepie (co za głupie uczucie....) i uśmiechnął się a mnie oczywiście przebiegło całe stado ciarek po plecach. Cóż, od spojrzeń jednego miękną mi kolana, a od drugiego....Wyciągnął do mnie rękę.

-Chodź tu.

Podeszłam, a owszem! Objął mnie w pasie spojrzał w oczy i już prawie czułam dotyk jego ust, gdy ziemia otworzyła się pode mną a ja poleciałam w próżnię. Znowu leciałam przez ciemność aż wylądowałam w ciemnym lesie, obok garstki bandytów i tajemniczej postaci na drzewie. Znowu się poobijałam.

-Cholera! Nie mogłaś trochę delikatniej!!!

-Co? Nie cieszysz się, że wróciłaś?- uśmiechnęła się zjadliwie.

-Bardzo się cieszę! Wprost skaczę z radości!- podskoczyłam sobie, ze zdumieniem stwierdzając, że mam na sobie swoje stare ubranie. Na ten widok część bandytów ryknęła śmiechem. Grr tego nie daruję!! Odwróciłam się z dzikim spojrzeniem i posłałam w nich kulę ognia.

-Widzę, że próba utemperowania twojego temperamenciku spełzła na niczym. –udawanie westchnęła. –Z kolei jeśli idzie o inne dziedziny, hm, powiedzmy życia, to chyba ci się podobało, co? Naprawdę zaczynam cię podziwiać Äeri, ty to masz zdrowie do tych mężczyzn.

-Jeśli o tym mowa, to nie mogłaś mnie teleportować chwilę później?!

-Nie. Stwierdziłam, że skoro ty nie umiesz to ktoś powinien za ciebie dotrzymywać wierności.- puściła do mnie oko.

-Wierności?! A niby kogo to miałabym być wierna?! Czyżbym o czymś nie wiedziała ?!

-Gdyby to Xellos usłyszał, pewnie zmartwiłby się nieludzko. Taka z was ładna para...

-Przestań kpić. Z nas para jak z koziej dupy trąba! Ten cholerny Mazoku wywołuje u mnie tylko stany depresyjne i nic więcej!!!

-Tylko? No nie wiem, nie wiem.- uśmiechnęła się jakby...no jakby wiedziała o czymś.

-Nieważne.-westchnęłam ciężko- Czego chcesz jeszcze ode mnie?

-Chwilowo niczego, choć mogę cię zapewnić, że jeszcze się spotkamy. I to prędzej niż myślisz. –posłała mi promienny uśmiech i ...zniknęła. Ja naprawdę będę musiała poważnie pogadać z Xellosem. Rozejrzałam się dookoła. Po bandytach nie było już śladu. Wzruszyłam ramionami i pomaszerowałam przed siebie. Zobaczymy ile ujdę zanim znowu mi coś wyskoczy zza krzaków.

   
 
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść publikowanych tutaj prac. "
   
   
  Kopiowanie materiałów ze strony bez wiedzy i zgody autorów zabronione!
Strona http://slayers.wszechbiblia.net jest częścią portalu Wszechbiblia.NET
© 2000 - 2010 Wszechbiblia Slayers & Wszechbiblia.NET

Strona wygenerowana w: 0.22892600 1276785463
Slayers Copyright (c) 1989- 2010 Hajime Kanzaka / Rui Araizumi /
Kadokawa Shoten / TV TOKYO / SOFTX / Marubeni
 

Valid XHTML 1.0 Strict    Valid CSS!