Wszechbiblia Slayers

Księga gości  Księga gości Lista dyskusyjna  Lista dyskusyjna Forum  Forum
Redakcja  
News  
Artykuły  
Konkursy
Intro
Manga
Anime
Powieści
Postacie
Magia
Opis świata
Chronologia
Slayers Fight
Gdzie kupić
Seiyuu
Fanfiki
Fanarty
Fanmanga
Audio
Galeria
Cosplay
Dodatki
Inne
Gry
Linki

Fanfiki

   «««                  
     
   
Informacje
 
 
Autor:
Tytuł:
Mazoku
Powrot_
rozdział #01
 
Treść fanfika..
Powrót. - by mazoku.

Wstęp.
Jak przeczytałam opis mojego Xellussia w postaciach to mnie serce zabolało… ale potem wpadłam na ten fanfik! Dla wszystkich fanek Zelgadissa! On i tylko on!^^
Lina: A JA???
Zel: ustąp mądrzejszemu.
Lina: FOUER BALL!!
Koniec wstępu.^^ ''

I. Wielka miłość.
- Zostaw mnie.- był szorstki jak papier ścierny i smutny jak deszcz w lecie. W oczach nie paliło się już życie, tylko stracenie. Leżał w łożu opasany bandażami. Obok siedział długowłosa elfka z przepaską na czole. Pragnęła zmienić opatrunek. Uspokajała Zelgadissa.
- Panie… jesteś potężny. O to wytrzymasz.
- Nie wytrzymam.
Nie zna drogi, Zgubił nadzieję i mapę powrotu. Teraz może już tylko się zabić. Kiedyś… myślał, że jeszcze nie koniec! Że jest ktoś, na kim może polegać… do kogo może wracać… a teraz… teraz kiedy nie potrafi wrócić… minęły całe dwa lata… a może trzy… jak mógł… nie, jak to się stało… zgubić drogę… . Zasnął. Śniła mu się cała droga w góry. Nieznane Mazoku. Elfy i spalona mapa. Potem ta elfka… zabrała go i zaopiekowała się nim. Wstał nowy dzień.
- pomogę ci panie…
- Nie. Sam wstanę.- od trzech dni nie wstawał. Był załamany. Część jego świata znikłą na zawsze.
Postanowił przejść się po ogrodzie. Podpierał się jedną kulą, był jeszcze słaby. Maił przebite całe ramię. Spoglądał na drzewa, słuchał odgłosów. Smutniał w sercu i na twarzy. To wszystko przypominało mu ogród Sayllun… myślami błąkał daleko. Czekał aż natrafi na myśl tak silnie przez niego pożądaną… nagle elfka podeszła.
- panie… powinieneś zażyć to lekarstwo.
Zelgadiss usiadł na ławie i począł łykać obrzydlistwo. Elfka spoglądała na niego czerwona i cicha… zapatrzona w jego silne dłonie, mężne ciało, głębokie oczy… dotknęła delikatnie jego policzka. Zelgadissa zdziwiło jej zachowanie… . Elfka wstała i przepraszając nagle, wbiegła jak wystraszona do pomieszczenie. Zelgadiss nie zareagował. Nie czuł. Ani smaku, ani chwili… czuł tylko jedno małe uczucie, tlące się niepewnie w mroku przygnębionej osobowości.
Tej samej nocy elfka siedziała nad śpiący Zelgadissem. Zapatrzona w jego twarz. Rozmarzona. Pragnąca na zawsze móc ją widzieć. Tak bardzo go kochała… nagle spostrzegła , że na jego ubrani- na sercu- widnieje przyszyta starannie część różowego materiału. Tylko to pozostało po bransoletce Amelii- po tych wszystkich walkach. Elfka zrozumiała smutek wybranego… mimo iż nie potrafiła się z nim pogodzić.
Następnego dnia ubrana na czarno postanowiła spotkać się z Zelgadissem. Podała mu wypis ze schroniska Elfów.
- Jesteś wolny. Możesz wracać do domu.
- Jeszcze nigdy tak ostro nie rozmawialiśmy…
- My nigdy nie rozmawialiśmy. Zawsze byłeś zamknięty w sobie… niedostępny… a jednak cię ko… nieważne. Wracaj do domu.
- Ja nie mam domu. Mapa powrotna już nie istnieje. - Zelgadiss zaczął gnieść wypis- po co mi to… PO CO MI TO DAŁAŚ???
- To droga do świata zewnętrznego.- syknęła przytłaczana myślami, ze pozwala odejść komuś, na kim jej naprawdę zależało.- jeśli naprawdę tego pragniesz… możesz iść… ale… - podniosła głowę. Zelgadiss czytał już dawno mapę, podekscytowany możliwością powrotu.
- Dzięki!!! Nareszcie… nareszcie wrócę!!!
- Więc jednak idziesz panie… pozwól, że dam ci radę. Podczas drogi spotkasz dwa demony. To strażnicy naszego przejścia.
- Cenne rady… a czego żądasz w zamian?
- Dlaczego wracasz…- powiedziała cicho, bez nadziei. Zelgadiss uśmiechnął się do niej pierwszy raz odkąd się leczył.
- Muszę dotrzymać starej obietnicy… - nagle spojrzał w niebo- już dwuletnią.
Uśmiechnął się do siebie i ruszył w kierunku polnej drogi.

II.- Pierwszy demon.

Zasnął następnego dnia pod drzewem bukowym. Miał piękne sny, jak na taką sytuację. Nie tylko przyjaciele… ale także inni… ale w jego snach nie było Amelii. Zawsze budził się po nich z dziwnym kłuciem w lewej części klatki piersiowej. I obawami, że sen kiedyś okaże się proroczy.
Po obmyciu się z tych wszystkim sennych zwidów w jeziorku, ruszył dalej. Nagle zatrzymał go dla innych zwykły głos…
- Zelgadissie…
Ale dla niego najbardziej upragniona nuta zgubiona nawet przez sny, podtrzymywana wyłącznie przez nadzieję. Odwrócił się powoli, w obawie, że to tylko kolejny z wybryków jego umysłu. Ujrzał to, co kochał. Do czego dążył.
Amelia stała przed nim uśmiechając się. Zelgadiss podbiegł do niej i pragnął uściskać, ale…
- Amelia?
- Nie wierzysz mi… to w co wierzysz… jestem twoją Amelią chimerko…
- Hm… hm…- Zelgadiss odwrócił się i zaklął pod nosem niesmak i głupotę pojedynku- nie jesteś tym za kogo cię brałem…
- J… jak to nie… to ja! Amelia! Nie poznajesz mnie… Zelgadissie…
- ONA NIE MÓWI DO MNIE " CHIMERO"!
Świst miecza w powietrzu. Demon odskoczył robiąc w powietrzu bezbłędne salto.
- Dobrze, że Amelia tego nie widzi… ''
Demon wylądował na wzniesieniu. Zeskoczył na Zelgadissa, kiedy ten nagle ujął go w tył i przyduszał. Nagle demon przemówił głosem Amelii.
- j… jak się czujesz… zabijając kogoś… na kim ci zależy…
- co…
Zelgadiss zaczął rozluźniać nacisk… czuł się naprawdę jakby…
- jak?- demon zaśmiał się grubym głosem i uderzył pięścią w twarz Zelgadissa. Normalnemu ciału złamał by to nos. Zel otarł krew i spojrzał jeszcze raz na wroga…
- swoją drogom ładna z niej panienka co…- demon zaczął się oglądać- aha! Zapomniałem! Wiesz… ona jest teraz bardzo chora…
- j… jak to… CO TY PLECIESZ?
- No bo… jestem jej odbiciem. Jak myślisz, czy krzyczała kiedy nagle zaczęło ją dusić w karku, ha, ha, ha!!!
- Ty… ty kłamco… GI…
- Naprawdę chcesz ją zabić?- demon spoważniał. Zelgadiss upuścił zamachniety już miecz. Co miał robić? Zabicie Amelii to rzecz jakiej nigdy by nie uczynił… nawet w ostateczności… tak po prostu było. Za bardzo przywiązał się do niej. Uśmiechnął się do siebie. Wstał z ziemi i spojrzał rozpromieniony na demona.
- Bardzo ci dziękuję- powiedział- przypomniałeś mi jak …
- Stary, ile ona ma w biuście?
- Ekhm, to poważny fanfik… więc jak już mówiłem…
- Tyłeczek też niezły… jak to się działo, że wcześniej nie zauważyłem… ]
- … więc…
- hłe, hłe, hłe- demon zrobił zboczoną minę- takiej okazji się nie traci… zaraz sprawdzimy objętość…
- LA- TILTTTTTTT!!!!!!!!!!!!!
Potwór rozpłynął się zniszczony przez Zelgadissa.
- Zapomniał, że La- Tilt nie zabija ludzi. Ech. Przynajmniej wiem jak ona teraz wygląda. - Zelgadiss nagle poczerwieniał- Zboczeniec.

Ruszył zadowolony przed siebie, w stronę wyjścia z tego świata.

III.- Ostatnie chwile radości.

Zelgadiss zmęczony nie tylko życiem, brakiem nadziei, znużeniem, ale przede wszystkim drogą, szukał miejsca aby móc odpocząć. Nagle mgła opadłą i ujrzał niewielką wieś, małą jak łebek od szpilki z wzniesienia na jakim stał. Żołądek Zelgadissa przedstawił swoje prawa , ale Zelgadissa nie trzeba było szczególnie namawiać do popędzenia w kierunku wsi. Mimo iż ma żelazny żołądek i wytrzymałość Indianina znalazł się we wsi po minutce i dysząc z wyczerpania zawołał:
- JEŚĆ!!!!!!
- Yy… chi, chi, chi.
- Co? Co w tym takie…[ PLASK!]
Dziewczynka wieku 10 lat zaśmiała się jeszcze głęboko nad leżącym już z wyczerpania Zelem.
- Hej!! Tu jest obcy!!!!^^ Dajcie wody!
Zelgadiss obudził się niedługo w jakimś białym niewielkim domku. Siedział na drewnianym łóżku, własnoręcznie ciosanym przez gospodarza. Wbiegła do pokoju ta sama dziewczynka.
- chi, chi, chi! Krótko spałeś.^^
- Gdzie jestem…
- W domu mojego dziadka. Tata i mama już czekają na ciebie. I Rufer też.
- Kim jest… [ burczenie] oops…
- Chi, chi. Chodź na obiad.
Zelgadiss nieśmiało wszedł do dużego pokoju. Jeszcze nie było zastawy, tylko młody chłopak w wieku Zela nakrywał stół obrusem. Starszy mężczyzna przywitał gorąco Zelgadissa. Był on synem gospodarza. Przedstawił się jako Gustaw Elderg.
- Katrin cię znalazła…- zaczął , pokazując Zelowi miejsce- podobno przypominałeś ' starego kapcia".
- … starego kapcia…??
- To Rufer- mój syn.
Starszy pokazał na młodzieńca siedzącego przy oknie. Wpatrywał się w oręż Zelgadissa jak w obraz. Nie słyszał tego co się do niego mówiło. Zelgadiss przyglądał mu się z zaciekawienie, kiedy pan Gustaw wytrącił go z rozmyślania.
- Zjesz z nami prawda?
- Yyy…
- Oczywiście , że zje!^^- nagle kobieta cały czas odwrócona do garów wykrzyknęła wesoło i żywo. Zelgadiss od razu spostrzegł, że to matka Rufera i Katrin. Nie było dyskusji. Nagle otworzyły się drzwi. Wszedł sędziwy staruszek w kapeluszu a` la Zangulus. Rozględnął się po katach i zaczął liczyć.
- To dziadek- szepnęła cały czas siedząca na kolanach Zela Katrin- jest trochę przygłuchy i ma słabą pamięć.
- Już wiem- staruszek nagle zaświtał- jest nas za dużo!
[ GLEBA!]
- powtarzam, że to poważny fanfik…- Zelgadiss mamrotał pod nosem.^^
- Ojcze. Tego młodzieńca znalazła dziś Katrin…- Gustaw pokazał na Zela.
- Ach tak… witaj młody… jak ci na imię?
- Zelgadiss Greywords.
- Zasłabł w drodze…- matka rozdawała już talerze.
- Morze? Na jaki morzu… to marynarz?
- … jest szermierzem…- Rufer podniecony wstał- jest prawdziwym szermierzem…
Zelgadiss spojrzał na niego z zaciekawieniem.
Tego samego wieczoru Zelgadiss spojrzał przez okno. Rufer ciosał drewno. Zelgadiss zaczął myśleć. To silny chłopak… drwa jakie ciosał były równe i gładkie. Mógłby świetnie ciosać golemy. Zelgadiss zeskoczył z okna na plac. Rufer zaskoczony upuścił siekierę. Patrzał na niego smętnie, znudzony życiem. Zelgadiss zdziwił się na ten wyraz twarzy, mimo iż sam nie miewa lepszego…;).
- Rufer… czy…- zaczął jakoś niezręcznie. Miał zamiar sprawdzić go jako szermierza. Nie sądził, że to zły pomysł. Wręcz przeciwnie.
- M… mogę go dotknąć…- Rufer spojrzał na miecz. Zelowi spadł kamień z serca. Teraz sprawa pójdzie jak po maśle. Zel podał Ruferowi oręż. Rufer zaczął zachwycać się mieczem, cieszac się przy tym jak dziecko… dziecko. Zel powtarzał to sobie z politowaniem, kiedy nagle coś go uderzyło… nie Rufer jest dzieckiem. To Zelgadiss za szybko stał się dorosły. Niedostępny i samowystarczalny. Temu chłopcu wystarczyła jedna rzecz i już nigdy nie będzie nieszczęśliwy. Nie pragnie więcej. A Zel potrafi tylko marudzić… Rufer jest lepszym przykładem młodzieńca.
- Nieźle ci idzie.- Zelgadiss wstał.
- Nauczysz mnie?
- Władać bronią?
- Tak… zawsze o niej marzyłem…
- Czemu nie… ale ty nauczysz mnie rąbać drwa. Zawsze siekiera lądowała krzywo…
Chłopcy śmieli się przez pewien moment.
Następnego dnia Zelgadiss starannie i cierpliwie dokształcał Rufera w zamachach i boju. A ten z kolei pokazał mu prawdziwe męskie rzemiosło… kiedy nagle czarna postać pojawiła się na dachu domostwa.
- co ty tu robisz…
- A TY CO???- postać dobrze nam znana była nieźle wkurzona.
- Kto to?- Rufer spojrzał w górę- przypomina człowieka…
- To nie człowiek… - Zel syknął przez żeby- to Xelloss. Mazoku.
- NA NI????????????????????????????????????
- Zel, co tu u diabła robisz. Przez ciebie- pokazując mu swój fioletowy terminarz- mam opóźnienie. Nie powinienem w ogóle się w to mieszać! ^^
- W takim razie po co mnie śledzisz? W jakim celu …
- Lina zmusiła mnie do sprawdzenie gdzie się zgubiłeś. ^^
- Zmusiła?
- Groziła , ze mnie udusi…^^
- I?
- I zostałem uduszony.^^
- Przez Linę?
- Nie, przez Amelię. Jak przyjdzie co do czego jest groźniejsza od Liny…^^
- Jak…- Zel zaciął się. Przecież nie spyta Xellossa jak się Amelia czuje, to nienormalne! Tylko go wyśmieje- ekhm…
- Znikam oznajmić , że żyjesz. Ale pośpiesz się. Nie lubię robić za chłopca na posyłki.
- To nie rób.
- Nie rozumiem ludzi i ich sentymentalnych charakterów. Jesteście co najmniej dziwni.
Xelloss znikł. Zelgadiss był zły na siebie, ze nie spytał się o Amelię.
- Zelgadissie… kim jest Amelia…
- Yyy… - Zel poczerwieniał. Właśnie- kim ona dla niego jest? - no… tego… musze iść.
- JAK TO???
- Sam słyszałeś- Zel uśmiechnął się szczerze - nie mogę tak wykorzystywać biednego mazoku.^^

IV.- Drugi demon.

Zelgadiss podążał przed siebie w deszczu i błocie. Deszcz lał się strumieniami z góry, wiatr dął i złość sama brała na ten widok. Zelgadiss wytrzeszczał wzrok swój i umysł, ale nie potrafił sprostać siłom natury.
- witaj- cichy głos zaszumiał- jestem drugim demonem… powinniśmy się poznać.
- Nie widzę cię- zaśmiał się Zel- ale nie doceniasz mojej siły…
- Wręcz przeciwnie- stwierdził demon- znam cię bardzo dobrze… twoje wszystkie słabości… bojaźnie i wzloty… znam cię najlepiej na świecie… jestem tobą…
Zel podniósł powoli twarz z niedowierzania. Stał przed nim młody mężczyzna o czarnych włosach i ciemnych oczach. Byli tego samego wzrostu i postawy. Takiego samego głosu. Zelgadiss nie mógł uwierzyć… to jest on… to byłby on, gdyby wtedy Rezo…
- Oczywiście odbicia lustrzanego klątwy się nie imają… więc pozwoliłem sobie pokazać ci nowego siebie. Nie widzę straty, kobiety zawsze będą za tobą leciały, nawet gdy już ci żeby poodlatują ze starości. Lecz wątpię, czy dożyjesz tego dnia… z trudem doczekasz jutra…
- Zapomniałeś, że ja równie dobrze znam twoje słabości…
- Mylisz się… nawet nie wiesz jak bardzo…
Zelgadiss pochwycił miecz, demon także. Mieli takie same postawy bojowe, takie same spojrzenie. Zelgadiss wyskoczył na wroga nadcinając mu bok. Nagle jego bok pociekł krwią.
- taak…- demon pisnął- czyżbyś zapomniał jak to było z pierwszym demonem? On ranił Amelię… a ja ranię ciebie…
Demon skoczył na Zela i uderzył w tył głowy. Zelgadiss kopnął go w brzuch i oboje splunęli krwią. Zel przetoczył się w błocie na lewo i uderzył kamieniem w jego czoło. Zelgadiss miał ciało z kamienia, więc nie odczuł bólu. Opracował strategie- defensywa. Tylko tak morze sobie poradzić. Miotał się z demonem, który ociekał krwią. Zel podniósł się i nagle uderzył La- Tiltem. Niestety za późno. Demon znikł i nagle pojawił się tuz przy nim szeptają do ucha " razem tu zginiemy" i wbił miech w brzuch Zela, że przeszedł przez jego plecy. Demon Skulił się i czarny dym wypłynął z jego ciała. Zelgadiss miotał się i z wrzaskiem wyciągnął żelazo z brzucha, po czym bez czucia padł na błoto i kamienie.
Krew . Morze krwi. A w nim Zelgadiss. Nie chciał tak umrzeć. Pragnął konać z podniesioną twarzą… z honorem. Przyłożył dłoń do brzucha uzdrawiając się. Ale to nic nie da. I wiedział, ze może już tylko… tylko marzyć… jakby było pięknie gdyby dotarł do Sayluun… uściskał by pierwszy raz w życiu Amelię… zamknął oczy. Ciemność. Śmiertelna cisza.

V.- Ogród.

Zelgadiss obudził się w nowym pomieszczeniu. Pełno małych , ciemnych strojach krzątało się przy chimerze. Rana w brzuchu znikła. Czuł się dziwnie… znał to miejsce. To tu stoczył się bój.
- o ja biedny… cały czas obrywam… yyy… gdzie jesm?
- Ki kikiki kiiiii kikiki ii!
- Tłumacz też mi się popsuł… co ja gadam, mów po ludzku, dobra!
- Ki kkkkkkiiii!!!!!
- O rany, sprichst du Deutsch?
- Ki?
- Gawariszte ruski?
- Ki!^^
- Do you speak English?
- Wiatj obcy- jakaś kobieta powitała z uśmiechem Zelgadissa- mam nadzieję, że moje niziołki nie zawadziły ci zbytnio…
- Nie… tylko trochę mało rozmowne.
- Zapewne… szukasz wyjścia do drugiego świata?
- Yyy… tak jakby. Nie mogę tu siedzieć, muszę iść. Czekają na mnie.
- Poczekaj… musimy cię ostrzec. Od ostatnich dni straż jest czujniejsza. Będziesz musiał pokonać Góry Smoka. To niebezpieczna wyprawa, tylko smokom udało się przekroczyć tę barierę.
- Skąd wiesz, że mam zamiar …
- Widziałam cię w Wodzie Poznania Prawdy. Nie dziwi cię skąd tu się wziąłeś?
- Po tylu latach abstrakcyjnych przygód nie łatwo jest mnie zadziwić.
Kobieta zabrała Zelgadissa do komnaty z kubeczkiem pełnym zielonej wody.
- To Woda Poznania… chciałbyś skorzystać?
- A po co?
- Przyszłość… nie jesteś ciekaw?
- Znam moją przyszłość. Teraz musze iść.
- Poczekaj!
Zelgadiss wybiegł z komnaty. Nagle stanął dotknął niepewnie rany na brzuchu i krzyknął.
- Ej, pani! A co z moją raną?
- Och…- powiedziała śmiejąc się pani- Woda potrafi wszystko… - klasła i nagle wszystko znikło. Tylko szare góry i deszcz. Zelgadiss ujrzał napis " Góry 4000 smoków". Począł się wspinać, a ciężkie głazy, o ostrych krańcach raniły jego ciało, tak, że kiedy wszedł przypominał roztargane i źle posiane mięso, krwawiące ze wszystkich żyłek. Wiatr dął niezmiernie i płaczliwie. Zelgadiss podążał do światła na przedzie. Przekroczył je ostatkiem sił.

We wszystkich wsiach i dolinach wołano o jednym tylko temacie. Ze widziano srebrnego młodzieńca odzianego w szkarłat krwi biegnącego przed siebie cały czas. Nigdy nic nie jadł, tylko na napój robił postój. Nie spał w zajazdach. Dzieci z ciekawością obserwowały jak mknie przez puszcze, kobiety ustępowały drogi, mężczyźni patrzeli z podziwem. Lina Inverse słuchała tych plotek i z zamkniętymi powiekami analizowała możliwość, że jest to Zelgadiss. Dzień po dniu. Biegł bez wytchnienia. Aż w końcu dotknął pierwszego stopnia zamku w Sayllun.
- j… jest tu ktoś…- pragnął krzyknąć, lecz tylko wyszeptał.
- O… och! A kimże jesteś panie?- strażnik nachylił się nad Zelem.
- Ja… ja do księżniczki… jest może…
- Właśnie skończył lekcje… wyszła do ogrodu… jest pan cały z krwi, może…
- DO OGRODU???- Zel jak rażony prądem podniósł się i stanął na baczność- jest w ogrodzie??
- T… tak- przerażony sługa upadł na ziemię. Zelgadiss był przecież jeszcze pół minuty temu martwy!- jest…
- DZIĘKUJĘ!
Zelgadiss popędził jakby nigdy mu nic nie było do ogrodu królewskiego.
- to… to niesamowite…
Zelgadiss rozglądał się po ogrodzie z przejęciem jakie ma uczeń odbierający poprawiony test. Wyszedł za zakręt i stanął. W zakręt wchodziła Amelia. Stali tak naprzeciw siebie wryci w ziemię. Zelgadiss nic nie mógł powiedzieć tylko uśmiechał się sam do siebie… . Oczy Amelii napełniały się łzami. Uśmiechała się , wielkie łzy spływały wolno po jej policzkach. Dusząc się łzami wyszeptała imię Zelgadissa. Pobiegła do niego.
Zelgadiss jak rażony wybiegł przed siebie. A serce krzyczało z radości rozrywając kamienną skórę.

KONIEC.
P.S.: Chyba się rozpłaczę… ma ktoś chusteczkę?

   
 
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść publikowanych tutaj prac. "
   
   
  Kopiowanie materiałów ze strony bez wiedzy i zgody autorów zabronione!
Strona http://slayers.wszechbiblia.net jest częścią portalu Wszechbiblia.NET
© 2000 - 2010 Wszechbiblia Slayers & Wszechbiblia.NET

Strona wygenerowana w: 0.42595700 1276782500
Slayers Copyright (c) 1989- 2010 Hajime Kanzaka / Rui Araizumi /
Kadokawa Shoten / TV TOKYO / SOFTX / Marubeni
 

Valid XHTML 1.0 Strict    Valid CSS!