Wszechbiblia Slayers

Księga gości  Księga gości Lista dyskusyjna  Lista dyskusyjna Forum  Forum
Redakcja  
News  
Artykuły  
Konkursy
Intro
Manga
Anime
Powieści
Postacie
Magia
Opis świata
Chronologia
Slayers Fight
Gdzie kupić
Seiyuu
Fanfiki
Fanarty
Fanmanga
Audio
Galeria
Cosplay
Dodatki
Inne
Gry
Linki

Fanfiki

   «««                  
     
   
Informacje
 
 
Autor:
Tytuł:
princess_Amelia
I nastal Chaos 6
rozdział #04
 
Treść fanfika..
Oki, no to lecimy z tym koksem ^^ (trzaśnięcie palcami). Poprzednie części szły mi niezwykle topornie, ale wyrażam szczerą nadzieję że to się zmieni. Dobra, na czym skończyliśmy? acha, skończyło mi się miejsce w notatniku. Mam głupi zwyczaj zawijania czcionek. Tak to bym pisała więcej. Taaak. A tak musiałam drastycznie uciąć. Dobra, kończe ten wstęp bo zaczynam paplać nie na temat. A jeszcze tyle ksiąg mnie czeka, wsiuuuuu!!!! zaczynamy.

KSIĘGA CZFARTA ^^

rozdział 6.4.1.

Zacząć od narady u Lightening czy przejść do naszych bohaterów? hmm.. mam pomysł.
orzeł - narada, reszka - Lina & reszta hołoty.

[rzut monetą]

[dzięki wrodzonemu niezdarstwu nie złapanie monety, wobec czego tooooczy się w siną dal]

[rzucenie się w karkołomną pogoń]

[moneta zaczyna spadać ze schodów]

[autorka zaczyna spadać ze schodów]

[moneta wpada i wbija się w zakalec z polewą czekoladową roboty autorki]

hmm.. stanęła na kant [proces myślowy] wobec tego, przenieśmy się w zupełnie inne miejsce.



- gratuluję. - przemówiła LON - morderstwo Belldandy Miyuki było bardzo dobre. Nikt się nie domyśli jakim sposobem zginęła. Oprócz niej oczywiście. Przyjdzie kolej na więcej osób. Załatw tych wszystkich spokrewnionych z Kriss Gabriev.. ale tak by nie wzbudzać podejrzeń.
- nie muszę słuchać twoich rozkazów. Zrobię jak chcę.
- JAK TO ! - ryknęła LON - JA CIĘ STWORZYŁAM !
- wiesz.. w tej chwili mam to gdzieś. AH - HA HA HA HA HA HA HA ! - rozbrzmiał szyderczy rechot. Po chwili ucichł. LON przeszła po swoim biurze.
- nie wiem czy to był dobry wybór. - mruknęła do siebie. - ale mam nadzieje że zamierzony skutek odniesie.

***

Przenosimy się w miejsce pobytu naszych bohaterów. Doszłam do wniosku, że przebieg narady u Lightening opowiem później. Ot, mam taki kaprys [:DDDD (ale ze mnie @)

Nastał ranek. Nasi bohaterowie ubrali się, umyli i wyszli z domu. Była przepiękna pogoda, cakowite przeciwieństwo dnia poprzedniego. Na placu biegały dzieci i wogóle całe miasto tętniło życiem. Nasi bohaterowie (jak to oni) jako pierwszą czynność w nowy dzień obrali pujście do jakiejś speluny ^^ i zeżarcie wszystkich zapasów. Lina + Kriss + Gourry + żarcie = duuuuży rachunek ^^ o czym wkrótce sie wszycy przekonali ^^ .
- TY ZAPŁACISZ ! - ryknął Gourry do Kriss
- A TO NIBY DLACZEGO???
- BO NAJWIĘCEJ ZJADŁAŚ !
- NIEPRAWDA !
- ajem not hir ^^ - mruknęła niewinnie Lina i wyszła po angielsku
- A GDZIE LINA???
- POLAZŁA DZIEŚ !
- KTO OSTATNI NA DWORZU TEN PŁACI RACHUNEK !!!!!
- PIIIIIISK! - zapiszczeli wszycy ^^ w końcu ostatnia wyszła Amelia ^^ musiała zastawić pół zamku Seyruun ^^

A tak przy okazji- myślicie sobie, że Bayou chodził przymulony, nieszczęśliwy i ględzący? a gdzie tam ! był taki jak zwyklke ^^ czyli cichy i zamknięty w sobie __-__

Reszta dnia przeminęła w smutnym oczekiwaniu. W końcu nadeszła ta godzina..
- pora iść. - Bayou wyszedł ze swojego pokoju. Był ubrany odświętnie - biała szata z wszytymi złotymi nićmi.. wyglądał jak aniołek ^^ w ręku trzymał swój długi granatowy płaszcz. - proszę, zaopiekujcie się moim mieczem. - położył swój miecz na stole.
- zaprowadzę cię. - nagle weszła Ana. - w tej dziesięciolatce padło akurat na mnie.
- czy on musi umrzeć? - zapytała się Kriss
- cóż.. właściwie.. tak. Przez te wszystkie stulecia nikt nie wrócił.
Zapadła cisza.
- mało się znaliśmy, Bayou. - wreszcie wstał Zelgadiss i położył mu rękę na ramieniu - ale porządny z ciebie człowiek.
- dzięki.
- niech pan będzie dzielny, panie Byaou.. i nie da się zabić ! - oczy Amelii się zaszkliły.
- wiesz.. tak naprawdę nie wierzę, że dasz się zabić.. jesteś zbyt inteligentny. - powiedziała Lina. Nagle szepnęła do niego, cicho dając znaki Gourremu by odwrócił uwagę Any. - weś mój miecz. Jest mały i poręczny, uda ci sie go łatwo przemycić.
- ojej ^^ thanks. - schował go pod płaszcz.
- trzymaj się. - Lina uśmiechnęła się serdecznie. On odwzajemnił uśmiech. Nagle zwrócił się cicho do Kriss.
- a...- Kriss weszła mu w słowo.
- obiecałeś. Miałeś pomóc mi uratować moje rodzeństwo.. moją rodzinę, przyjaciół.. i.. i..
- wiem. I Venetha. Trzymaj się, i pociągnij swoją sprawę do końca. - otarł jej łzę spływającą po policzku. - idziemy, Ana.
I wyszli, zostawiając naszych bohaterów samych. Po chwili wszyscy, jak jeden mąż ryknęli płaczem ^^.

Tymczasem Ana i Bayou szli przez polanę oświetlaną łagodnie promieniami księżyca. Szli w milczeniu. Gdy doszli do skałek Ana przystanęła.
- tu musimy się rozstać.
- nom. - zachwiał się, ale podparł się skałki żeby nie zemdleć.
- pamiętaj, że gdyby nie ty.. nasza wioska upadłaby.. będziemy ci wdzięczni.
- dlaczego w takim razie nie przeniesiecie się w inne miejsce?
- ponieważ wszyscy jesteśmy tu naznaczeni klątwą.. uzdrawiająca woda pozwala zatamować ją.. gdybyśmy się stąd oddalili i nie mieli uzdrawiającej wody, umarlibyśmy.
- klątwa? dlaczego?
- ta ziemia została skażona, jeszcze przez pradawny czar opiekunek żywiołów. Każdy kto zamieszka na tej ziemi, zostaje naznaczony. I nie ma przebacz.
- czyli... krótko mówiąc.. odemnie wszytko zależy, tak?
- tak. a teraz już idź.
- żegnaj. - powiedział. odwrócił się i poszedł nad kotlinę. Na środku jeziora siedizała Meta, tym razem oświetlona słabym białawym swiatłem. Wśród ogólnej ciemności dawało to magiczny efekt.
- lewitasją. - mruknął Bayou. Uniusł sie w powietrze, a po chwili znalazł się przy kobiecie. Miała pochyloną głowę.
- wierz mi, nie chcę tego. - szepnęła - to nie moja wina.
Bayou wylądował na wysepce na której siedziałą Meta. Miała białą, jedwabistą skórę i srebrne włosy, okalające cała jej sylwetkę. W tym momencie było widać że nie była człowiekiem.
- co mam zrobić? - zapytał się Bayou, gdy niezręczna cisza zaczęła się dłóżyć.
Meta podniosła głowę i spojrzała na niego swoimi smutnymi, czarnymi oczami. Poruszyła ustami, jakby miała powiedzieć zupełnie coś innego, lecz nagle..
- zabij mnie. - szepnęła.
- ??? - tylko w tych trzech znakach zapytania można zawrzec całą reakcję Bayou
- zabij mnie. Nie chcę już tego ciągnąć. Potwornie cierpię.
- a-al-e.. j-ak.. o co chodzi???
- opowiem ci moją historię od początku. Jestem pół nimfą wodną a pół mazoku. Dostałam w spadku tą moc i wieczne życie. Jednak mazoku i nimfa nie mają prawa żyć w jednym ciele.. tylko nieśmiertelność utrzymuje mnie w jednym kawałku..
- to w takim razie po co ci ofiary z ludzi? - zapytał Bayou, którego wyznanie Mety kompletnie zaskoczyło.
- bo.. mieszkańcy wioski liczą na mnie. A gdybym nie asorbowała mocy magicznej ludzi, zaczęłabym się starzeć. Starzeć i starzeć bez końca. Rozumiesz? starzałabym się, a byłabym nieśmiertelna. Wyobrażasz sobie, czym bym była?
Na ustach Bayou pojawił się grymas niesmaku.
- ale.. ja nie chcę zabijać ludzi. Co oni są winni?
- no.. tak.
- jedynie moja śmierć może mnie i ich wybawić.
- hę? to dlaczego nikt cię do tej pory nie zabił?
Meta zrobiła jeszcze bardziej nieszczęśliwą minę.
- ponieważ miałby wtedy na sumieniu życie tysiąca osób. Gdyby mu się nie udało.
- nie udało? co to znaczy?
- bym umarła, trzeba wbić to...- Meta westchnęła. Wykonała delikatny ruch ręką i odgarnęła włosy se swojego boku i bioder. Bayou witok ten zmroził. Z jej, jakby przeszytego na wylot boku, sterczał błękitny róg, emanujący słabym światłem. Sterczał z dwóch stron, i miał łacznie gdzieś długość półtora metra. - ..w ołtarz świątyni opiekunek żywiołów. Wtedy umrę. Ale. - zawiesiła głos. - by uwolnić wioskę od klątwy, musi to zrobić osoba o czystym sercu. W przeciwnym razie wszyscy umrą. Wszyscy.
- a-acha.
Meta podniosła głowę i spojrzała swoimi czarnymi oczami na Bayou.
- wyglądasz na dobrego człowieka. Nie zasługujesz na śmierć. - nagle usmiechnęła się łagodnie do niego. Bayou stwierdził, że ten jeden nieśmiały uśmiech, na ustach tak udręczonej osoby jak ta nimfa, jest najpiękniejszy ze wszystkich uśmiechów, jakie widział w życiu. Najszczerszy. - możesz za to dać wielu życie. - dodała.
- m-myślisz.. że nadaję się do tego?
- pochyl się. - powiedziała. Spojrzała mu głęboko w oczy. - tak.
- a-cha. Ale czy jesteś pewna, że..
- tak. - na powrót posmutniała. - nie mogę już znosić tej męki.. nie chcę zabijać ludzi..
- acha.
- świątynia znajduje się tam. - wskazała na prawą stronę kotliny.
Bayou przykucnął przy niej. Dotknął błękitny róg.
- mam to wyrwać?
- tak.
- ale to będzie cię boleć.
- nie zważam na ból. - Meta juz zacisnęła dłonie i zęby.
- no to.. - Bayou chwycił róg. Już wezbrał w sobie wszytki siły, już miał pociagnąć, gdy..
- nie mogę.
- co?
- nie mogę. Jesteś.. taka bezbronna.. i ja mam cię zabić..
- jeny.. proszę..- spojrzała na niego błagalnym wzrokiem. - ja bym już to dawno zrobiła.. ale to musi zrobic człowiek.. od tego zależy wszytko.. proszę..
- no.. ech.. dobrze. Wybacz mi.
Chwycił róg, zaparł się..

Meta wydała krzyk, podobny do pisku delfina.

***

- UAAAAAH ! - jakiś facet o bambrowatej urodzie, przeciągnął się. Czknął kilka razy i podrapał się po zapchlonym łbie. Spostrzegł, że knajpa, przed którą spał była już dawno zamknięta. Podniusł butelkę arizony leżąc koło niego i wychylił ją. Nie było tam ani kropelki. Przeklnął soczyście, znowu czklnął. Wstał chwiejnie, podpierając się po ścianach. Miasto tętniło życiem, chociaż było już ciemno. (Dla informacji - było to miasto, w którym nasi bohaterowi byli przed wyeruszeniem do jeziora bez nazwy)
Nagle.. padł nieruchomo na ziemię.
- o to znowu on. Zachlał mordę i teraz się przewró.. - gospodarz baru przerwał w pół słowa i takrze padł nieruchomo na ziemię.
- ACH ! - kobieta nie zdążyła wtrącić nic innego, bo także padła na ziemię.
Po chwili, prze całą długość miasta, niczym meksykańska fala, zaczęli padać ludzie. W końcu w mieście panowała głucha cisza.

Wszyscy nie żyli.

***

- wytrzymaj.. jeszcze.. troszkę.. - jęknął Bayou, ciągnąc róg z całej siły, chcąc jak najszybciej skrócić cierpienia krzyczącej z bólu Mety. Widac było, że najmniejsze nawet pociągnięcie, sprawiało jej potworny ból. Nagle Bayou naprężył wszystkie swoje bicepsy i pociągnął z całej siły... róg wyszedł z lekkim plopnięciem, a Bayou wylądował w wodzie.
Otrzepał się i wyszedł na wysepkę. Meta leżała nieruchomo, z szeroko otworzonymi oczami, poruzając bezgłośnie ustami. Wokół niej było pełno srebrnej krwi. Bayou poczuł wyrzuty sumienia. Ponownie zrobiło mu się żal, tej małej i bezbronnej osóbki, teraz juz u kresu sił i wytrzymałości.
- dziękuję..- szepnęła nagle Meta. - po stokroć.. dziękuję.. - dodała drżącym głosem.
Bayou widząc, że ukojenie, w tej chwili miotanej bólem Mecie może przynieść tylko śmierć, wyruszył czym prędzej. Sprintem przepłynął kotlinę i wspiął się na skały. Spojrzał na piękny róg, teraz przypominający włócznię, odbijający światło księżyca. Światło padło na budowlę wykutą w skale. Była to świątynia opiekunek żywiołów. Bayou pobiegł tam, mijając kilka zaskoczonych kapłanek. Na ołtarzu dojrzał wielki, podzielony na cztery ćwiartki okrąg. Pobiegł tam. Nagle się potknął. Nasz niestrudzony superman ^^ podczołgał się do kamienia i wbił go w środek.
Zajaśniało światło.
W powietrzu zaczęły rozchodzić się głosy (coś takiego jak przy przemianie Fiony w "Shreku" [:DDD).

Tymczasem Meta poczuła ukłucie w piersi. Po chwili cały ból minął, a świat zaczął rozmazywać jej się przed oczami.
- koniec..- szepnęła z uśmiechem na twarzy - dziękuję ci, dobry chłopcze. Uratowałeś nie tylko mnie, ale i tysiąc ludzi od klątwy.Ale nadejdą dla ciebie ciężkie czasy... nie zasługujesz na to.. - przymknęła oczy, i umarła.

Bayou, już spokojnym tempem, doszedł do skraju kotliny. Teraz panowała tam całkowita ciemność..
- światłość. i Lewitasją. - mruknął. Podleciał na wysepkę. Oświetlił twarz Mety. Na jej twarzy malowało się ukojenie.
Pochował ją. Potem wrócił na ląd. Szedł przez wioskę. Była pogodna noc. Czuł w powietrzu obecność pozytywnej energii. Wioskę teraz ochraniały czary opiekunek żywiołów. Uśmiechnął się pod nosem, i zapukał do chatki w której wcześniej nocował. odpowiedziała mu cisza. Chłopak westchnął i zapukał ponownie.
- OKTÓREJ TO SIĘ ŁAZI TY CHOLERNY OBDARTUSIE, CO?????? - wydarł się na niego Kjall, lecz gdy przyjrzał się skulonemu ze strachu ^^ w tej chwili człowiekowi, poznał, że to.. - BAYOU !!!
- KTO? - tym razem do drzwi dobiegła Ana, odpychając brata, tak że walnął w sam kant ściany ^^ (auuuaaa [:DDD)- NIE POSZŁEŚ TAM???
- poszłem. Uwolniłem waszą wioskę od klątwy. A Metę od robienia tego, czego nie chce.
- hęęę???
-wszystko w porządku. Wasza wioska jest tej chwili chroniona przed czarną magią. Dziękuję. Teraz wybaczcie, chciałbym się przespać. Za dużo wrażeń jak na jeden dzień.
Kjall i Ana wpuścili go, gapiąc się na niego wytrzeszczonymi oczyma, wątpiąc w kondycję swojego narządu wrokowego [:DDD
On, poturlał się beztrosko do swojego pokoju. Już miał z impetem walnąć się na łóżko, gdy spostrzegł że siedzi na nim cała paczka.
- HĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘ?- zawyli wszyscy jednym hurem.
- so "hę"? cześć wam ^^ [mach mach łapką^^]
- TYYYYYYYYY ŻŻŻŻZYYYYYYYJEEEEEESZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZ !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! - i rzucili mu się na szyjkę ^^ zwalając z nóg przy okazji ^^ tak że biedny wylądował na kafelkach [:DDD
- ghhhh.. - jęknął dusząc się - jeżeli mnie nie puścicie, mogę już nie żyć ...
Lecz ścisnęli go jeszcze mocniej ^^
- ghhhh.. ghhhhh... - wyciagnłą tabliczkę z napisem "air"
Lecz akurat wchodząca rodzinka gospodarzy przerwała tą idyllę ( a to chamiska, nooo [:DDD)
- ty ! brunet ! spowiadaj się!
- khe ! - Bayou rozmasowywał szyję - z czego?
- z gówna psiego ! mów nam jak to było z tą metą !
- eccchhh..- Bayou widząc że nici ze snu, sięgnął po herbatę Liny ^^ i wziął bezwstydnego łyka. Po chwili opowiedział całą historię.

***

- ... i tak się to skończyło. - dokończył, patrząc na w tej chwili pusty kubek po herbacie - ma ktoś lipton?
Lecz całe towarzystwo rozdziawiło paszczęki i gapiło sie krowim wzrokiem na Bayou.
- eee.. nie macie liptona? to może być tetley... - zaproponował ponownie, wyciągając nieśmiało kubek do nich.
Lecz sytudaja powtórzyła się. Wszyscy, jak zaczarowani, patrzyli się na niego jak na ósmy cud świata, św Graal, Złote Runo, artykuł ze Titanik przypłynął do Nowojorskiego portu, bursztynową komnatę i wszystkie złote pisanki carów razem wzięte ^^
- ee.. to.. ten.. - podrapał się po głowie - nie lubicie herbaty? to może być kawa..
- ty..
- hę? - Bayou chwilę potrzymał kubek w dłoniach, nieśmiało postawił spowrotem na półce.
- ty.. dokonałeś tego, co.. uwolniło nas.. i ją.. i wszystkich.. i..
- nie gadajcie, każdy na moim miejscu by..
- nie.. powiedziała "czlowiek o czystym sercu"..
- aj tam ! tera ja będe miał do końca życia wyrzuty sumienia, że zabiłem tak niewinną osóbkę..
- nie rozumiesz że ona cierpiała katusze? nimfa i mazoku w jednym ciele.. bezustannie czuła ból, gdyby nie nieśmiertelność, umarłaby zaraz po swoim urodzeniu..
- achaaaa..

Tak więc sobie pogadali ^^ w końcu cała rodzinka gospodaszy poirozchodziła się do swoich pokoji wśród wielu "ochów" i "achów" i "nie do wiarów". tymczasem nasi bohaterowie ucięli sobie pogawędkę.
- nie zemdlałeś?
- nie, hehe
- ale jak mogło wykazać że ty masz najwyższą siłę magiczną? przecież tro JA jestem najlepszy !
- Zel. =='.- zaczęła Amelia lecz nie dokończyła
- nie wiem. Może dlatego że mieli staroświeckie metody..

- ciau ^^ - usłyszeli znajomy aż do bólu ^^ głos za sobą

- XELLOSS???????????
- nio, owszem. Przyszedłem was ostrzec. Macie herbaty?
- skończyła się..
- hmm..- wzrok Xellossa padł na chamsko wielki kubek herbaty trzymany przez Zelgadissa, który czym prędzej go schował. Xellowi zadrgała żyła na skroni, lecz powstrzymał się ^^ - LON coś knuje. I coś mi się widzi że ten plan będzie udany. Bądźcie czujni.
- plan? jaki plan? przecież my po skarb idziemy ! - wyjechała Lina
- skaaaarb?- Xell spojrzał pytająco na Kriss.
- eee..- zmieszała się.- wiesz, Xelloss, chyba mi się przypomniało gdzie trzymają herbatę i ciasteczka.. choć zaprowadzę cię..
- ooo ^^ - oblizał się Xelloss, który jak zwykle nie skumał bazy ^^ i ochoczo podreptał za Kriss.
Wyszli na dwór.
- hę? to co z tą herbatką?
- ==' wydaję mi się, że ostatnimi czasy za dużo przebywałeś z moim ojcem..
- hę?
- no cóż. Chyba nie wiesz o co chodzi, co?
- no nie bardzo.
- Lina, Amelia, Gourry i Zelgadiss stracili pamięć.. by ją odzyskać ide do Naab by z broni uzyskacz wzmacniacz mocy.. ej, nie patrz się tak na mnie ! nie dam ci !
- awr
- i może po drodzę odnajdę coś, by pomóc Katii.
- o właśnie, jak się miewa mój robaczek świętojański, pierniczek mój słodki?
- nie wiem, spytaj się jej ==' - Kriss podała diament Xellowi
- żuczku ty móóój ^^ motylku kochaaaanyyy ^^ - Xell popukał w diament - tatuś przyszedł do ciebie ^^ bzy bzy ^^ niedługo wrócisz do swojego ciała ^^ razem z mamusią tęsknimy za tobą !
- starczy. - Katia schowała kamień do kieszeni. - a teraz powiedz, co wiesz o jakiś zamiarach LON.
- niic. Wiem że coś planuje. Podsłu... przypadkiem usłyszałem ^^" jej rozmowę ze Sneertem. I o ile dobrze usłyszałem, chodzi o ciebie, Kriss. Jesteś wcieleniem zła wszelkiego, moja mała ^^
- ekhmm, dzięki za komplement.
- a tak przy okazji, wiesz że Princessa nie żyje ^^? wreszcie pagibła ta mała, zarozumiała.. to znaczy ta wspaniała osoba. - odruchowo się zaciął ^^ i zaczął się rozglądać ^^
- fajnie. Coś jeszcze?
- nom ^^ Belldandy Miyuki nie żyje.
- COOOO??? MISTRZ?
- taaak.
- TO NIEMOŻLIWE !!!!
- jak widzisz możliwe. Acha, i wszyscy ludzie we wiesce w której byliście kika dni wcześniej pomarli. Też miło ^^
- !!!!!
- acha, i jeszcze jest niewyjaśniona sprawa z Saovi. Ale mi nikt nic nie mówi ^^ A teraz muszę znikać ^^ oficjalnie to jestem na herbatce u Zellas Metallium ^^
- nara.
- ja ne ^^ ciau ^^ - i znikł ^^
- ale się porobiło.. czyżby.. przezemnie.. zaczęły umierać osoby, z którymi miałam najbliższy kontakt? - Kriss spojrzała na nieco zasłonięty chmurami księyc. - jutro będzie padać. - odwróciła się i weszła do chatki.

rozdział 6.4.2.

- dzieujemy za wszystko.
- to raczej my dziękujemy.
- hah ^^ - Na ustach Liny zagościł szeroki usmiech, co było oznaką wielkiej próżności
Zapadła cisza.
- och, przepraszamy, zapomnieliśmy! oczywiście wesz wysiłek nie obejdzie się bez nagrody..
Lina czekała na te słowa, już miała wyjechać z sumą za którą można kupić swobodnie Saturna ze wszystkimi pierścieniami, gdy...
- nie, dziękujemy. Wystarczy nam wasze szczęście. - powiedział swpokojnie Bayou - prawda, Lina?
- ALEŻ??? POGIĘŁO CIĘ ?!?!?!?!?! TY CHYBA MASZ STUKNIĘTE W BANDŻO !!!
- Lina...
- TY CHOLERNY KORNISZONIE!!! CO TY SOBIE MYŚLISZ, CO???
- Lina, Lina. - Bayou wziął ją na stronę - jak koniecznie chcesz pieniędzy, to nie zapominaj ile wygrałem od Zela i Gourrego ^^ a skoro nie umarłem, nadal to jest aktualne.
- ale.. oni wszytsko wydali na piwo i wódkę!
- phe, jakoś się ściągnie. Ma się te sposoby. To jak?
- ech.. ok.
Tak więc, nasi bohaterowie opuścili wiochę.
Szli sobie kilka godzin, nucąc kilka piosenek z repertuaru zespołu "Mazowsze" oraz podrygując w rytm polki czeskiej.
- gdzie teraz zmierzamy?- zapytał się Zel.
- hmm..- Bayou spojrzał na mapę. - o ile dobrze widzę, niedługo zaczną się schody.. powoli zaczynamy wchodzić na cypel prowadzący do drugiego kontynentu.. a to miejsce cieszy sie bardzo złą sławą.. podobno zajmują je morza ognia i pożogi..
- rzygów?
- pożogi, Amelio =="
- acha.
- podobno z tamtego miejsca mało osób wyszło żywych..
- tak jest przeważnie w miejscach do których idziemy... żeby zdobyć coś, musimy gdzieś coś zdobyć, spotykając po drodze mnóstwo zdradzieckich pułapek i odwiedzając mnogość parszywcych miejsc, z których szansa wyjścia żywym wynosi 1:1000000000000, odkrywając po drodze powiązania rodzinne. Cóż za oryginalność. Pewnie niedługo wszyscy okażemy się krewnymi wszystkich. - mruknął Zel, ale nikt go nie słuchał. Chimera, czując sie totalnie olana, wróciła do czynności wcześniej wykonywanej, a mianowicie nucenia Michaela Jacksona (jeżeli to w ogóle można nucić ==' ale cóż, dziwne umiejętności Zela jeszcze przez wieki będziemy odkrywać ^^)
I tak se szli i szli.. aż doszli do takiego romantycznego miejsca zwanego rozstajem dróg ^^ Drogowskaz był połamany przez jakiś wandalów, najprawdopodobniej fanów Marlina Mansona, a mapa Bayou była w tym miejscu upaprana jakimś świństwem; Tak więc nasi bohaterowuie stali, i gapili się w ten zdewastowany drogowskaz i zachodząc w głowę dokąd iść.
- a może zastosujemy metodę Sylpheel? - błysnął nagle Gourry
- nie mamy sprzetu.. poizatym i tak się nie uda, jełopie..
- mam miecz ! - Gourry wbił swój miecz w nieco podmokłą glebę.
- i co teraz? - zainteresował się Bayou
- noo.. czekamy aż spadnie. - powiedział Gourry pochylając się nad mieczem. Niestety, nasz blondyn wbił miecz do błota aż po rękojeść, więc rzeczą wątpliwą było, że miecz się przewróci, albo i nawet przechyli [:DDD Gourry czekał jeszcze kilka dobrych minut, ale nawet u idiotów cierpliwość jest ograniczona. Wśród siarczystego blusgu przekleństw..
- TY [CENSURED] [CENSUREED] [CENSURED] MIECZU [CENSURED] JEDEN !!!

[KOP] - miecz, po chamsku skopany przez Gourrego poleeeeeeeeciał parę metrów do przodu.

[BENG] - spadł prosto na łeb akurat przechodzącego ludzia ^^

- o w mordę Gourry - jęknął Zelgadiss - coś ty narobił!!
- pobrudziłem se buta błotem - zajęczał ww ^^
- nie o to chodzi, głąbie...- Zel podszedł do ludzia, najwyraźniej pogrążonego w agonicznych drgawkach. - ej ! ty ! nie żyjesz? - nie usłyszawszy odpowiedzi, rzucił na niego czar uzdrowienia. Gościu przestał się trząść, otrzepał się i wstał.
- siema !
- eee.. no dzień dobry. Przepraszamy za tenb przykry incydent..- zaczęła się tłumaczyć Lina starając się nie spoglądać na guza gościa wielkości co najmniej głośnika do wieży Hi-Fi.
- ależ nie ma sprawy.
- protrzebujemy pana pomocy. Jak dojść do Dirty Trick Village?
- musicie iść na tym rozstaju w prawo. Dalej nie wiem, rzadko ktokolwiek zapuszcza się w tamte strony oprucz okolicznych mieszkańcow.
- acha. dziękujemy za pomoc.
- no to baibai !
- ekh.. do widzenia.
Tak więc oni poszli w swoją stronę, a gościu w swoją. Gdy już nasi bohaterowie byli daleko, przystanął i obejrzał się za nimi.
- ho ho! wyglądają na zdolnych czarodziejów. Ciekawe co im tak śpieszno na szybką śmierć. Dirty Trick Village jest niebezpieczną wioską.. a za nią jest tylko czysta śmierć z ręki..
Nagle.. gościu jak stał, tak padł na ziemię. Po chwili słychać było tylko krople deszczu obijające się o podmokły grunt. Jednak z tymi dźwiękami zmieszały się czyjeś kroki. Była to postać w łachmanach, z torbą pełną przeróżnych drobiazgów pod pachą. Podeszła do gościa i przyłożyła mu rękę do szyi by posłuchać pulsu.
- nie żyje. - westchnęła. - biedny człowiek.

Tymczasem nasi bohaterowie wśród ulewy (tak, mnie też zaczyna wkurzać że w tym fiku ciągle pada deszcz [:DDD ale trzeba zrobić jakiś klimacik ^^). Nikomu się nie chciało gadać, wszyscy szli otuleni swoimi płaszcami.
- zimno mi. - załkała Amelia
- taa..
- mi aż skóra pęka z zimna - warknął Zel, który nie mógł na jego zrogowaciałym papierze ściernym, jakim była jego skóra dostać gęsiej skórki - nie wiem, dlaczego dałem się namówić na tą podróż..
- ja po dłóższym namyśle też sobie zadaję to pytanie. - nagle Lina przystanęła - idziemy narażać życie dla skarbu, nawet nie wiemy jakiego? - odwróciła się do Kriss - o co w tym chodz..
Nie dokończyła. Kriss o wiele wyższa od Liny, w przemokłym granatowym płaszczu, wśród ogólnego półmroku wyglądała bardzo wyniośle. Wzbudzała respekt, i wyglądała jakby mogła zabic wszystkich jednym machnięciem ręki. Spojrzała błękitnymi oczami na Linę.
- powiem ci jedno. Ten skarb jest niezwykłym skarbem. Ważniejszym niż wszystkie złota, srebra i platyny.
- he? co może być ważniejszego niż złoto? - zapytała się Lina
- kiedyś to zrozumiesz, Lino. Kiedyś to ZROZUMIAŁAŚ. - powiedziała i łopocząc płaszczem, zaczęła iść do przodu. Lina, zastanawiając się jeszcze nad tym niegramatrycznie ułożonym zdaniem, wzruszyła ramionami i podreptała za Kriss. To samo zrobiła reszta towarzystwa.
- skoro ten skarb jest tak cenny jak mówisz..- Linie zaświeciły się oczy - idziemy z tobą!
- zamknij się, materialistko- warknął nagle Gourry - tu chodzi nie o skarb. Tu chodzi o zaufanie. - spojrzał na Kriss, a dokładniej na jej plecy [:D i idącą spokojnym krokiem w dal sylwetkę - idziemy z tobą. Ufamy ci.
Na ustach Kriss zagościł cień uśmiechu.
- dziękuję.


***

- qrr daleko jeszcze??? - Lina zaczęła się denerwować, czując ssanie w brzuchu - JESTEM GŁODNAAAAAAAAAA !!!!!!!!
- brawo, Lina, jeszcze głośniej. Jeżeli chcesz ściągnąc na nas niepotrzebną uwagę, to pokrzycz jeszcze. - warknął Zel.
- to nie moja wina. JA TEŻ MAM ODRUCHYYYY !!!!!!!! DAJCIE MI JEEEEŚŚŚĆĆĆ !!!
Ryk Liny zagłuszyło burczenie jej brzucha.
- ja też jestem głodny. - chlipnął Gourry
- to jedzcie trawę, ale na litość boską nie krzyczcie tak. Mam dziwne przeczucie że coś czai się za krzakami. - warknął Zel
- można to łatwo sprawdzić.- powiedziała Kriss
- jak?
- zatrzymajmy się.
Zatrzymali się [:DDD
Kriss złożyła ręce. Jej amulety charakterystycznie się zaświeciły. Mruknęła kilka słów. Zaczęły od niej bić fale, tak że powietrze zaczęło grgać. Krople deszczu stanęły w powietrzu, a wszyscy zaczęłi się chwiać. Nagle, zza krzaka obok, wyleciał rozpaczliwie próbujący się utrzymać przy ziemii, chłopczyk. Miał czerwonawe, rozstrzepane włoski i brązowe oczka.
- łapcie go. - mruknęła dziewczyna
- niby jak?- zapytali się, wisząc parę metrów nad ziemią.
- a no tak. Sorry. - Kriss wyciągnęła rękę w kierunku chłopca. Zaczął lewitować ku niej, dziwnie spokojnie. Po chwili złapała za niego i postawiła na ziemi. Klasnęła w dłonie. Wzszyscy pospadali z wielkim hukiem ^^
Chłopczyk stał, nawet nie próbując uciekać. Wyglądał gdzieś na 5 lat. Kriss przykucnęła do niego.
- kim jesteś? - zapytał się, wzrok mając utkwiony gdzieś w przestrezni. Dziewczyna wyciągnęła ku niemu rękę, a on, neico niezgrabnie za nią złapał.
- jaką masz gładką skórę. Jesteś zapewnę kobietą. Powiedz mi, proszę, co się ze mną działo?
Kriss uśmiechnęła się do niego.
- chwileczkę.
- dobrze, proszę pani! mogę do pani mówić pani? głos świadczy o tym, ze jest pani dorosła.
- oczywiście. - przytknęła dwa palce jednej ręki do jego czoła, a drugiej ręki do swojego. Jej amulety znów zabłysły.
- nie sądzicie, że ten chłopczyk jest jakiś dziwny?- zapytała się Amelia
- jesteś niewidomy? - zapytala się nagle Kriss chłopca.
- tak, proszę pani. Straciłem wzrok dwa lata temu.
- wiem..
Kriss wstała. Podeszła do reszty bandy.
- ten chłopiec nie widzi. Stracił wzrok, gdy spadłą mu na oczy rozżażona belka. A wiecie dlaczego?
- dlaczego?
- to miasto jest reguralnie niszczone przez Syreny Ogniste.
- CO?
- syreny ogniste. Gatunek syren mieszkający w niedostępnych górach, wśród murz ognia.. i wody. Są podobno mistrzyniami kontrastów.
- alez syreny to tylko bajki !
- pochodzisz z Dirty trick Village, chłopczyku? - zapytała się Kriss
- tak, proszę pani.
- o, fajnie, właśnie tam idziemy. Co robiłeś tak dalekood domu?
- szukałem leśnych jagód. W naszej wiosce nie możemy dużo uprawiać.
- i.. i.. tak sam? rozpoznajesz co jagoda, co borówka?- wyjechał nagle Gourry
- tak, proszę pana. Nauczyłem się.
- biedne dziecko.. a pokazać ci coś? - zapytała się Kriss
- co?
- SKY ! - krzyknęła, zakładając grubą rękawicę. Po chwili, z nieba sfrunął sokół, choć nieco mokry ^^ przypominał naburmuszoną kurę. Kriss wzięła dłoń chłopca do ręki i pogładziła nią pióra skokoła.
- och, ptak.. - chłopiec rozpromienił się - jeszcze nigdy nie miałem okazji głaskać ptaka.. jaki to gatunek?
- sokół.
- och..
- chłopczyku, zaprowadzisz nas do dwojej wioski?
- oczywiście, ale nie jestem pewien czy chcecie tam przebywać. Życie tam to koszmar.
- musimy tam iść.
- no to w porządku.
Oderwał się od głaskania sokoła.
- choćmy !
Odwrócił sie i dość pewnym krokiem zaczął ść do przodu.
- jak masz na imię?
- Aflikt, proszę pani.
- a ja Kriss.
- bardzo ładnie.
- dziękuję.
- co to są syreny ogniste? - zapytał się Gourry
- nie wiem, nie widziałem ich.
Gourry poczuł że popełnił potężny zgrzyt towarzyski.
- a nikt nie chce mi o nich opowiedzieć. - kontynuował chłopiec - podobno są straszne i przerażające.
- a rodzice nie opowiadają ci o nich?
- nie mam rodziców. Zginęli dwa lata temu, jak próbowali mnie obronić. Ja tylko straciłem wzrok, a oni..- urwał. Po chwili zwrócił się do Kriss - po co idziecie do Dirty Trick Village?
- zmierzamy do Drugiego Kontynentu.
- ojej! nie wiecie jakie to niebezpieczne? Nikt jeszcze stamtąd nie wrócił ! i tak przeważnie wszyscy ginęli kilka kilometrów za naszą wioską... przez teren Syren Ognistych trudno przejść bez uszczerbku na zdrowiu albo nawet życiu..
- musimy.
- acha.
Chłopiec szedł pewnie, mimo swojej ślepoty. Sięgał Kriss zaledwie za kolano, ale mimo to dziarsko szedł kołoniej, wciąż rozmawiając. Bez wątpienia zaprzyjaźnili się ^^ Po kilku minutach na horyzoncie zobaczyli wioskę, a za nią pagórek. Wioska ta była niewielka i cała zdewastowana. Widać było że domy były wielkorotnie naprawiane. Ziemia - ach, to nie była ziemia! Było to wielkie skupisko popiołu. Wokół wioski nie rosły żadne drzewa. Prezentowała się nędznie. Jej mieszkańcy chodzili przygarbieni. Każdemu coś brakowało - a ten miał szramę na policzku, temu brakowało palca u ręki, inny stracił oko.
- dlaczego ci ludzie tu mieszkają? przecież to straszne!
- musimy co miesiąc składać ofiary syrenom. Gdybyśmy stąd odeszli, odnalazłyby nas i wszyscy by zginęli w okropnych katuszach.
- to okropne!
- TRZEBA TEMU ZAPOBIEC ! CI LUDZIE CIERPIĄ WIELKIE NIESZCZĘŚCIA I UPOKORZENIA ! TRZEBA POŁOŻYĆ TEMU KRES I CAŁE ZŁO ZMIAŻDŻYĆ WSZECHPOTEŻNĄ RĘKĄ SPRWAIEDLIWOŚCI !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! - ryknęła Amelia, tak że z nieba stpadły dwa pioruny, jeszcze bardziej dewastując i tak zniszczoną wioskę ^^''''.
- Ame, zamknij jadaczkę.
- phe ! sprawiedliwość zawsze zwycięży, czy tego pani chce, czy nie!
- zamkniesz się wreszcie?
- jak ty się odzywasz do obrończyni sprawiedliwości, dobroczyńcy nękanych przez zło i uciśnio.. mmmm..mm!!!!!!!
Knebel załatwił sprawę ^^
- Afikt, powiedz mi, dlaczego wasza wioska jest niszczona? chyba dajecie im ofiary, prawda?
- tak. Musimy dawać im pełne 10 koszy jedzenia. Lecz niestety, na tej suchej i spalonej ziemii nie możemy nic uprawiać, żyjemy jedynie z tego co rodzi las. Wiadomo że nie starcza tego nawet na 5 koszy.. i właśnie zawsze syreny się denerwują i niszczą naszą wioskę.
- i nikt nic z tym nie zrobił?
- nikt. Mają za dużą przewagę liczebną.
- acha..
Doszli wreszcie do wioski. Na głównym placu leżało 10 wielkich koszy, z których zaledwie 3 były zapełnione.
- powiedzcie mi, ile jeszcze zostało koszy do zapełnienia? -z apytał się Afikt
- 7.
- oj, to źle. Termin przypada niedługo. Wyglada na to, że i tym razem nie oszczędzą naszej wioski.
- i co teraz?
- to co zwykle - zniszczenie, śmierć.. tak jest co miesiąc.
- dlaczego one nie zaprzestaną swoich praktyk?
- nie wiem.
- witaj Afilkt ! - do Aflikta podbiegł jakiś dzieciak niewiele większy od niego - ślepoto ruska!!!
- nie zwracajcie na nich uwagi - westchnął Afikt do Kriss.
- ślepyyy ślepy ślepyyy.. - ryczały dzieciaki w akompaniamencie
- FIRE BAAAAAAAAALL!!!- ryknęła Lina, rozsrzucając rozwrzeszczane bahory na 4 strony świata ^^ - co to za chamiska?
- dzieciaki z wioski. - powiedział Aflikt
- no nie, fajnych masz kolgów.- powiedziała Amelia patrząc z ukosa na wystawiające języki dzieci. - ale zaraz im zajebię..
- Amelia - Zel się zgorszył - gdyby to stary Phil słyszał..
Amelia przybrała kolor niebieski.
- WYMSKŁO MI SIĘ, SORYYYY !!! NIE MÓW TATUSIOWI!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
- no comments..- mruknął Bayou śpiewnym tonem
- BŁAGAM BŁAGAM BŁAGAM BŁAGAAAAAAAAAAAAAAAM ! ZELUŚ NIE MÓW TACIEEEEEEE !!!!!!
- ok ==' tylko błagam nie mów do mnie "Zeluś"..
- dziękuję, Zeluś !

[GLEBA]

- To jest mój dom - Aflikt pokazał na zdezelowaną chatkę bez dachu..
Wszyscy zamilki.
- nie. - warknęła Kriss - to zbyt okrutne..
- no. Jetsem głodna. - przyznała Lina.

[GLEBA]

- Aflikt. To nie może być. Pomożemy ci. Powyrywamy tym cholernym syrenom ogony z dup. Lina, Zelgadiss, Gourry, Amelia, Bayou! Idziemy! - rozkazaął Kriss, odwróciła się i zaczęła iść w kierunku przeciwległego wyjścia z wioski.
- yes, master! - powiedział ochoczo Bayou i podreptał za Kriss
- proszę pani Kriss! To śmiertelnie niebezpieczne!!!
- dupa tam!!!
- a-ale.. - rozpaczliwie krzyczał Afikt, próbując zatrzymać zdecydowaną na wszystko Kriss, ale potknął się o jakieś krzesło i upadł.
- przepraszam cię, Afikt, ale..AAAAŁAAA...- sama się podknęła o osobę rzucającą się na nią.
Była to ta sama żebraczka, która była w wiosce bez nazwy, i którą widzieliśmy wczesniej przy zwłokach faceta. Torba z amuletami pękła, i zaczęły się one walać po całej okolicy.
- nie możecie tam iść. - powiedziała żebraczka, szybko próbujac pozbierać amulety. - umrzecie!!!
- a co to panią interesi? My chcemy im pomóc ! Ty jesteś wędrowną żebraczką!
- proszę.. - westchnęłą żebraczka. Upchnęła wszystkie amulety i wstała. Twarz wciąż miała przykrytą kapturem. - to weście tylko to na drogę. - wepchnęła Bayou do ręki jakiś amulet i uciekła. Na odchodne spojrzała mu w oczy.
- te oczy...- jęknął Bayou
- co?
- nic nic.

Tak więc wyszli z wioski i zaczęli wchodzić na wzgórze. Gdy znaleźli się na jego szczycie...
Cały horyzont spowijało morze ognia. Wszystko się paliło lub było spalone. Dało się słyszeć liczne wybuchy.
- eee... uważam za zły pomysł pchanie się w ten ogień..- skomentował to Gourry
- a kto zwraca na ciebie uwagę? - zapytała się Lina, która nagle w przypływie ludzkich uczuć i żądzy obiadu poczuła potrzebę pomocy tamtym ludziom - jedźmy!
- no!
- tak!
- i raz!
- i dwa!
- ohhhhhhweeeee !
- i siuuu!
- łiiiiiiii !
- przepraszam czy to bora bora?
- aachh!
- occchhh !
- idziemyy !!
- haaa!!!
- omamam
- hiii!!!
- bzdryńg !!!
- SKOŃCZCIE, SKOŃCZCIEEEEEEE !! - ryknął Zel i wybiegł do przodu
Wszyscy poszli za nim.

***

Tymczasem gdzieś. Gdzieś, gdzie sama nie wiem gdzie.


- tą robotę zostawię komuś innemu.. mwihihi..

***

Tymczasem nasza rozkrzyczana wataha herosów beztrosko sunęła do przodu taranując wszystko co znaleźli na swej drodze [:D Nie było tego dużo, pare zjaranych krzaczków, spopielonych jaszczurek i takich tam.
- zatrzymajcie się - powiedziała Kriss nagle
- o co chodzi? - zapytał się Gourry błądząc nieprzytomnbie wzrokiem
- mam wrażenie że zza tamtego pagórka coś się do nas zbliża..
- dupaaa !
I znowu poszli do przodu. Weszli za pagórek. Znajdywało się tam morze, czarne morze, nad nim równie czarne niebo, a całe brzegi pokrywał ogień. Iskry i płomienie wbijały się kilkanaście metrów nad ziemię.Nagle Kriss jęknęła i padła na plecy.
- hę? co się stało? - zapytał się Bayou pomagając jej wstać.
- co za negatywna energia..
- aż odepchnęło, nie?- zapytała sie Lina - Geez, ależ ty jesteś nienormalna =='
- ja ciebie też - odwarknęła Kriss z jękiem się podnosząc.
- ..ee.. -z kłótnki wyrwały je samogłoski Ameli bezgłośnie poruszającej ustami i wskazującą na...

...COŚ...

...przed nią.

Tak. Dosłownie, to było coś. Była to przedziwna istota wysoości czterech metrów, z tułowiem topornej kobiety (no wiecie, jednej z tych nawoskowanych wielkich BAB z konkursów kulturystycznych ^^) burzą poplątanych, matowobrązowych włosów, i brzydką gębą. Od pasa w dół znajdował się ogon węża. Babsko to dzierżyło w łapskach wielką włócznię wymierzoną wprost w Amelię.
- Świeże, dziewczęce mięsko - zachrypiał babsztyl oblizując żółte zęby
- spróbuj ją tknąć a źle skonczysz. - warknęła Kriss
- hę? - monstrum wciągnęło nosem gęste powietrze i pochyliło się nad Kriss. - młodsze mięsko... taaak.. dawno nie jadłam ludzi..
- Hazel !!! - Nagle babsko otrzymało silny cios w łeb tak że z wielkim hukiem zwaliło się na ziemię, omal nie przygniatając naszych bohaterów. Za nią pojawiła się podobna istota, tyle ze o blond włosach i innym odcieniu cielska - nie żryj ludzi bez pozwolenia !!!
- a co ty masz do tego???- zachrypiała druga, podnosząc się z ziemii
- GÓWNO !!!
- TO TY!!!
Wtedy ta druga tak walnęła pierwszej w szczękę, że sekwoje by rozwaliła ^^ ale ta tylko się otrzepała, i walnła jej w umięściony brzuch.
Zaczęły się okładać, trzaski z hukiem zaczęły roznosić sie po okolicy. Nasi bohaterowie postanowili skorzystać z zaistniałej sytuacji i wyszli po angielsku.
Szli, szli, szli, omijajac liczne wybuchy i skupiska ognia. Nagle..

*ŚŚŚŚŚŚŚŚŚŚŚŚŚSWIST*

- ..agh..- Kriss plunęła krwią i osunęła sie na ziemię.
- KRISS ! - ryknął Bayou pochylając się nad dziewczyną. W jej ciele tkwiła wielka włócznia, przeszywajaca ją na wylot.
- trafiona zatopiona - zachrypiało coś zza chmury dymu. Po chwili wyszło z niej rechoczące się montrum. Za chwilę, zza gór wyszło więcej syren ognistych.
- domyśliłyśmy się, że jesteście zdolnymi czarodziejami.. a tamta wyglądała na najbardziej uzdolnioną wmbheheheheh - zaczęły się rechotać.
- Kriss..- Bayou wyjął z ciała dziewczyny włócznię i odwrócił na plecy. Żyła, choć były to jej ostatnie tchnienia.
- Amelia ! Szybko! czar uzdrawiający!
- zaraz zaraz, nie tak pach-bach ! - jakaś syrena zagrodziła Amelii drogę - nikt jej nie pomoże. Idziecie do miasta, albo wszyscy bodzielicie jej los! wbheheheeh - zarechotała i chwyciła Amelię za fraki ciągnąc po ziemii. To samo reszta syren zrobiła z pozostałymi członkami dróżyny. Ciało Kriss leżało bezwładnie na ziemii. Stróżki krwi zaczęły przeradzać się w kałóżę.
- Kriss, nie!!! Proszę, trzymaj się !!! Dla swojego rodzeństwa, dla Katii, dla Venetha ! - zdążył krzyknąć Bayou, zanim syrena niosąca go nie spróbowała zakneblować mu ust. On jednak szybko wyciągnąc z pleców miecz, zamachnął się i jednym ciosem przeciął syrenę na pół.
- a to cha.. whahahmmmrrh.. - jakaś syrena nie dokończyła swojej odkrywczej myśli, kończąc jak poprzedniczka. Zdezorientowane, wypuściły resztę naszych herosów.
- FIRE BALL !!! - ryknęła Lina.
Na chwilę je ogłuszyło. Jednak nie były tak wielkie jak głupie szypko schwyciły Amelię i przyłożyły jej włucznię do głowy.
- Jeden ruch, a ta mała szmata zginie!
Tak więć, nasi przyjaciele postawieni przed tym ultimatum, musieli zaniechać walk. Pokornie pozwolili się wlec do miasta.
A Kriss? No cóż. Kaszlnęła jeszcze kilka razy. Na chwilkę odzyskała przytomność. Spojrzała na kałóżę krwi obok siebie.
- prze..praszam... Veneth.. i w..w..wszyscy.. - wciągnęła powietrze, po czym przyknęła oczy.
Czyżby to był koniec Kriss Gabriev?

***

Lina, Gourry, Zelgadiss, bayou i Amelia z wciąż przytkniętą włócznią do głowy, stanęli naprzeciw topornie ciosanych kamiennych bloków, które były zapewne murami miasta. Tak samo wyglądąło wnętrze miasta - stosy wielgachnych kamieni, poukładane jedna nad drugimi. Pod tymi stosami, jak wyjątkowo obrzydliwe węże, spały syreny ogniste. Gdzieniegdzie jakieś biły się o kawałki mięsa, ochlapując okolice wokół siebie krwią, inne same obgryzały kości. No cóż, dla facetów lubiących perwersję istne safari [:DDDDDDDDDDDDDDDD Nasi herosi, oprócz Amelii zostali wrzucenie pod podoby stos, a następnie wejście do niego zostało przesłonięte kamienem, tak że zapanowała ciemność.
- CO ZROBICIE Z AMELIĄ?- ryknął Zelgadiiss
- zatrzymamy ją.. wasze zachowamie wpłynie, w jakim stanie do was wróci.. wmwhehehehe!!!

Dobra. Teraz najwyższy czas by wrócić do pałacu Lightening i spółki ^^ Nie pamiętacie po co? Dobra, dobra już tłumaczę (aaaaaah jaka ja jestem wspaniałomyślna ^^ może dlatego że właśnie jem batonik princessę orzechową ^^ niezła, ale wolę mleczną ^^ niom ^^ bzdryńg ^^) no więc stanęło na tym, jak tajemnicza osoba wyszła z cienia..

- po coś tu przylazł przydupasie - warknęła Dakkis
- srutu srutu, nie denerwuj się tak, złość piękności szkodzi.. - powiedziała postać. Po chwili z cienia wyszedł lazurowowłosy elf, którego dorze znamy... Valgarv..
- Elithrandir, to po to tyle cię szukałam, po wszytkich elfich zadupiach a ty teraz mi sie tu kłócisz??? MASZ TO KĄTA, BO JAK CI ZARAZ ZAJEB..- ryknęła Lightening, aż nawet jej lokaj schował się po łóżko
Elf otworzył usta żeby coś odpowiedzieć.
- MASZ JESZCZE JAKIEŚ ALE?????????- Light walnęłą rękami w stół, tak że elf się skulił i posłusznie usunąl się w cień.
- hie hie hie hie - zarechotała Alira. Dakkis miała minę, jakby zaraz miała wybuchnąć śmiechem, ale się powstrzymała.
- no. - powiedziała już nieco spokojniej Lightening i przygładziła swoje złote włosy (czy już wspominałam że LIghtening ma złote włosy? nie? to mówię [:D) - więc. Princessa nie zyje, Miyuki nie żyje. Sprawa staje się coraz poważniejsza.
- czemu?- zapytał się ironicznie Valgarv
- DLATEGO ŻE PONIEWAŻ BO !!! - ryknęła Light, tak że elf jescze bardziej usunął sie w cień - czy nie zauważyliście że umierają osoby z otoczenia Kriss?
- nooo, ale co to ma do rzeczy?
- Kriss jest następnym wcieleniem LON. Jeżeli się podda złym emocjom i własnej słabości.. będziemy mieli apokalipsę.
- czyli.. myślisz że ona ich zabiła?
- nie. Ktoś chce bardzo żeby ona tak myślała. A tą osobą jest..
- chrrrrrrrrrr... - zażartą konwersację przerwało donośne chrapnięcie - chrrrrrr.. ty cholerny śmiertelniku.. chrrrrr... jak cię zraz posiekam mieczem to nawet Izyda twoich kawałków nie znajdzie... chrrrrr...
- ELITHRANDIRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRR !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! - ryknęła Lightening, tak że palac zadrżał w posadach, a Vejita o mało co nie dostał zawału serca
- Hę?- rozległ się nieprzytomny głos z końca stołu - a tak, sorry. To takie pasjonujące.
Alira widząc, że Lightening zaczyna pulsować coraz więcej żył na skroni zmieniła temat.
- to ktomu w końcu zależy na tym by Kriss myślała że przez nią umierają najbliższe jej osoby? Oprucz LON oczywiście, ale nikt i nic nie ma takich zdolności, by tym sposobem zabijać ludzi. Oprucz Ousymu oczywiście, alo to wtedy nie jest taka śmierć.
- właśnie to chcę powiedzieć - Lightening wyprostowała się - LON nie może zabijać tak jak to widzimy u Belldandy. Pani Koszmarów może zabić tylko "z zewnątrz". Umierając z ręki Ousymu zdaje się sobie sprawę, ze dzieje się coś dziwnego. Spójrzcie na twarz Miyuki. Wygląda, jakby spała spokojnym snem, i za kilka minut mogłaby się obudzić i poprosić o śniadanie.
- ciociu, chyba nie myślisz że..
- LON stworzyła kogoś, kto nie ma materialnej postaci, który może przenikać w ludzkie dusze. Stworzyła śmierć, podległą jej rozkazom. Myślę, że tą śmiercią jest...
- Saovi..- dotychczas nie odzywająca się Dakkis wstała- moja siostra..


Co wyniknie z Saovi - demona? Czy Amelia przeżyje? Kiedy ten cholerny fik się skończy?


C.D.N


   
 
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść publikowanych tutaj prac. "
   
   
  Kopiowanie materiałów ze strony bez wiedzy i zgody autorów zabronione!
Strona http://slayers.wszechbiblia.net jest częścią portalu Wszechbiblia.NET
© 2000 - 2010 Wszechbiblia Slayers & Wszechbiblia.NET

Strona wygenerowana w: 0.19541900 1276780493
Slayers Copyright (c) 1989- 2010 Hajime Kanzaka / Rui Araizumi /
Kadokawa Shoten / TV TOKYO / SOFTX / Marubeni
 

Valid XHTML 1.0 Strict    Valid CSS!