Wszechbiblia Slayers

Księga gości  Księga gości Lista dyskusyjna  Lista dyskusyjna Forum  Forum
Redakcja  
News  
Artykuły  
Konkursy
Intro
Manga
Anime
Powieści
Postacie
Magia
Opis świata
Chronologia
Slayers Fight
Gdzie kupić
Seiyuu
Fanfiki
Fanarty
Fanmanga
Audio
Galeria
Cosplay
Dodatki
Inne
Gry
Linki

Fanfiki

   «««                  
     
   
Informacje
 
 
Autor:
Tytuł:
princess_Amelia
I nastal Chaos 8
rozdział #04
 
Treść fanfika..

KSIENGA CZFARTA
ekhm
KSIĘGA CZWARTA

Rozdział 8.4.1.

- niedobre. - Gurani powąchała napój podany jej przez Chazza
- nie wybrzydzaj, to najczystrza wódka!
- nie lubię wódki! - dziewczyna skrzywiła się i podała butelkę Chazzowi.
- głupia gówniara. - Chazz wychlał wszytko jednym haustem.
- żul ˆ__ˆ
- działasz mi na nerwy!
- uspokujcie się, wy, oboje.
- co ja teraz zrobię bez mocy... - Katia spojrzała się na swoje ręce. Były jakieś.. zwykłe.
- zapudrujesz kropki na czole ˆ__ˆ
- czy ty nie rozumiesz? By podtrzymać wasza moc trzeba samemu jakąś posiadać.. nie wspominajac o pokonaniu zagrożenia...
- twoja moc jest jedynie zablokowana, co nie oznacza, że nie możesz utrzymywać naszej człowieczej postaci. - powiedziała Eexel. - niedługo moc odzyskasz. Pytanie tylko "kiedy".
Katia spojrzała smutno przed siebie.
- nie martw się, wszystko będzie dobrze. - Chazz obiął ja ramieniem i uśmiechnął się przyjacielsko.
- niewiem. - czuła sie tak bezsilna.

***

Ashani, Cava i Kriss szli nadal bez słowa. Doszli wreszcie do pięknej krainy zwanej jakośtam (przyn korekcie to wpiszę). Była niewątpliwie piękna. Był to jeden, ogromny las, z drzewami przypominajacymi Sekwoje, lecz większymi. Ich żywica pachniała tak charakterystycznie, że nie sposób było przejść tu obojętnie. Słońce wpadało przez ich ogromne korony, oswiatlejąc malutkie sylwetki naszych bohaterów.
- zatrzymamy się tu na dzień i noc, by poznać istorty tu zamieszkujące, a potem przebudzić ich dusze. -w yjaśnił bezbarwnie Cava.
- jakie istoty tu mieszkają? - zapytała sie Ashani.
- chochliki. Myślałem że nimfy leśne, ale przecież wszytkie wymarły 2000 lat temu ^^"
- ==
Szli przez ten piękny las. Doszli do ogromnej polany. W pormieniach jasnego słońca dziesiątki malutkich istot tańczyło w dźwięk rytmu wybijanego na pustych pniach, grania na strunach z włukien roślin. Wzrok przyciągały przeróżne, często dziwaczne instrumenty, wydające czasami ciekawe dźwięki.
Tańczące chochliki wyglądały jak..? Hm.. postacie z najbarwniejszych bajek i opowieści. Choć były malutkie i normalnemu człowiekowi sięgały nie wyżej niż za kostkę, były piękne a swym blaskiem wzbudzały respekt nawet u olbrzyma. Miały malutkie półprzeźroczyste skrzydełka, a włosy w przeróżnych kolorach. Karnacja ich lśniła złotem a powieki niebieskim brokatem.
Tańczyły w promieniach słońca, oślepiając Kriss, Cavę i Ashani swym blaskiem.
Podleciało do nich dwoje z tych przecudnych istot.
- przyglądacie sie naszemu tańcowi?
- owszem.. to jest piękne.. - powiedziała Ashani.
- dziękuję. - stworzonko uśmiechnęło się serdecznie. Było płci żeńskiej, bo wyglądało jak miniaturowa kobietka :D
Stworzonko płci męskiej zmierzyło wzrokiem naszych bohaterów.
- widzę, że nie macie złych zamiarów.Co sprowadza was do naszej krainy?
- jako stworzenia o wielkiej mocy, zapewne wyczuliscie się ogromną, złą energię. - powiedział poważnie Cava.
- tak. - oba stworzonka także spoważniały.
- przyszliśy przebudzić Upadłe Dusze chochlików.
Oba stworzonka zamilkły.
- czy wiecie jak toz robić?
- hmm.. mniej więcej.
- nie ma sprawy. Możecie zostać u nas kilka dni. Możecie sie dobrze bawić. Chcecie potańczyć? - chochliczka ponownie słodziutko się uśiechnęła
- nie, dziękuję. - Cava i Kriss.
- JAASNE! a nauczycie mnie kroków ? - rozentuzjazmowała się Ashani :D
- nie ma sprawy !
Ashani została wprowadzona na sam środek polany.
Zaczeła sie uczyć pięknego tańca, zwanego przez chochliki Ezją, co w ich języku oznacza skród od Ezed Ya czyli "Budzące się Piękno".
Ashani była bardzo pojętną osobą. Szybko przyłączyła się do tańca, tańczonego w rytm pięknej melodi.
Ta scena miała niezwykły klimat. Zauważyli to nawet "uczucioodporni" Cava i Kriss.
- dlaczego gdy patrzę na to pięno, zbieraja mi się łzy w oczach? - powiedziała cicho Kriss.
- specyficzna magia pięlęgnowana od lat.- wyjaśnił Cava. - wzbudza ciepło w duszy nawet osobą o kamiennym sercu. Chochliki stworzyły ją po to, by ukazać iskierkę nadziei i radości tym, co już dawno zgubili sens życia.
- niesamowite... - Kriss już się rozkleiła.
- musisz być bardzo nieszcześliwa, Kriss. - Cava spuścił wzrok.
- czemu tak uważasz? - ledwo można ją było zrozumieć, bo była akurat wtulana w chusteczkę :D

Jego łza spadła na ziemię.

- chochliki wyzwalają z ludzi smutki, uzewnętrzniajac je.
- a w dupie ich mam. - i ryczała dalej, wyciągajac nową chusteczkę.
Oboje się po chwili rozryczeli.
Piękny taniec chochlików trwał długo. Ashani swe smutki wyzwalała w tańcu, który pochłaniał ją bez reszty, tak że po dwuch godzinach nie było widać nawet cienia zmęczenia.

W końcu, muzyka urwała się jak pęknięta struna.

Nagle, jak tknięta gromem, Ashani uczuła potworne zmęczenia i padła na ziemię.
Kriss i Cava ryczęli jak dzieci, wtuleni w siebie w najlepsze :D.
Wszystkie chochliki zbiły się wszyk.
- słońce zmierza ku zachodowi. Kończymy nasz taniec. - i znikły, zostawiajac po sobie tylko złoty pył.
Kriss i Cava otarli łzy.
- ale z ciebie *SNORF* twardziel, ryczysz jak baba - Kriss
- a weś ==" - Cava próbował dpoprowadzić sie do porządku
- wyglądacie jak porąbani ==" - stanęła nad nimi Ashani :D
- odezwała się ==" będziesz miała zakwasy jak wpizdu ==" - zauważyła Kriss jeszcze pociagajac nosem.
- ale ja jestem szczęśliwa- Ashani oparła ręce na biodrach. - nie miałam nigdy w życiu większych problemów, byłam zawsze piekną syrenką, uwielbiana przez wszytkie nnne, cieszyła się i śmiałam z życia. Dopiero gdy tak okrutnie mnie potraktowało zaczął sie kołowrotek bo spotkałam ciebie, Cava.. - spoważniała. - dobrze wiesz że uratowanie życia syrenie równa się jej miłość...
Zawiał cieplutki wiatr, opływając twarz syreny. Jednak ta siepo chwili uśmiechnęła łagodnie.
- ale wiesz co? Nie martwię się. Nie martwię się, że moje uczucia masz za wytwór dziecięcej wyobraźni. Jesteś przy mnie. Puki jesteś przy mnie, będę szczęśliwa. Lecz nie mogę patrzeć na twoje cierpienia. - dlaczego jej oczy się zaszkliły? Sama nie wiedziała.
Odwróciła się i poszła. Odwróciła głowę, zawiadamiajac że ta polana to dobre meijsce na obóz.

Mineło trochę czasu. Kriss przeszła się polśnych ścieżkach. Las ten pełen był przeróżnych polanek usłanych trawą i kwiatami.
Kriss trafiła na jedną z nich. Odetchnęła pełną piersią.
Pomyślała o Venethcie...

Jej wzrok padł na kamień naprzeciwko niej.
Na kamieniu siedział malutki chochlik, a raczej choichliczka, wpatrujaca się w nią ciekawie.
Nie wiedzieć czemu Kriss uśmiechnęła się i przykucnęła, by lepiej obejrzeć stworzonko.
- maś ślićny uśmiech ^^. - stworzonko spojrzało się wzrokiem małego dziecka.
Kriss uśmiechnęła się szerzej...
Po chwili wybuchnęła serdecznym śmeichem, śmiechem, którym się nie śmiała od wielu lat.
Stworzonko patrzało na śmiejącą sie Kriss rozbrajajacym wzrokiem.
Kriss w końcu uspokoiła się i spojrzała figlarnie na stworzonko.
- ale z was są wspaniałe istotki. Samo patrzenie na was sprawia radość.
- roześmiałaś się. Juś nie płacieś! - stworzonko klasneło w dłonie. - to dlatego zie śplawiłam, byś pociuła się śćienśliwśia!
- dziękuję, cudna z ciebie istotka. - Kriss delikatnie poczochrała ją palcem wskazujacym po małej główce. - jak się nazywasz?
- Oci ^^
- ja jestem Kriss.
- tak wienc, Kliś! Cieś się ziciem! Zicie jest tilko jedno! Druga okazja mozie sie juś nie powtuzić! - i znikłą, zostawiajac na kamieniu złoty pyłek.
- moje życie się skończyło wraz z życiem osoby, którą kocham. - szepnęła sama do siebie Kriss.

Dzień minął dośc miło, na przechadzkach po pięknym lesie i poznawaniu jego zakątków. Gdy zapadł zmrok, Chochliki urządziły wspaniałe party na najwięszej polanie, rozwieszając na drzewach różnokolorowe światła a na dużych stołach, przygotowanych specjalnie dla gości przygotowywały najróżniejsze przyprawy.
Zebrały sie chochliki chyba z całego lasu, a ich aura oświetlała nocne niebo jakby trwał dzień.
Grała pięna muzyka.
Ashani tańczyła wraz z chochlikami, a Kriss i Cava siedzieli przy stole popijając nektar.
Taka ilość elfów sprawiła, że poczuli się szczęśliwi. Zajęli sie konwersacją dotyczącą magicznych istot.
- buehehe a wiesz jak się rozmnażają Trytony? - zapytał się Cava
- nie wiem.
- ee, nie będę ci mówił bo się zgorszysz ..!
- no mów!
Cava szeptał jej coś do ucha, robiąc przerywniki na śmiech.

*TRZASK* - w pewnej chwili Kriss mu strzeliła tak z liścia że aż musiał nastawiać głowę na miejsce.

- KŁAMIESZ! OBLEŚMANIE! - zauważyła zdegustowana Kriss
- buehehehe nie, mówie prawdę!
- serio.. mój Boże, a Trytony wyglądały na takie .. normalne stworzenia...
Wybuchnęli obleśnym śmiechem.

- widać, dobrze sie bawią. - Ashani akurat tarńczyła z kilkoma chochlikami płci męskiej na ramieniu.
- i oto chodzi. Ale taka ilośc chochlików może sprawić że wyjdzie na jaw ich prawdziew ja...

- ej, Kriss, dobrze sie Ashani bawi. - zauważył Cava
- noo..
Nagle wstał z krzesła.
- zatańczysz?
- huhuhu!

Wybiegli na sam środek kolorowo oświetlonej polany.
Po raz poierwszy od wielu dni czuli sie szczęśliwi i wolni.
Tańczyli tak cztery godziny, aż obojgu zabrakło tchu w płucach, aż zaszumiało im w głowie.
Wyszli na mniejszą polankę, by odetchnąć świeżym powietrzem.

Z oddali nadal słychać było wesołą muzykę.

- oooj, ale było fajnie. - Kriss położyła się na ziemii.
- może tak być nadal. - Cava położył się obok niej.
- dlaczego mi się nagle robi smutno...
- zbyt dużo chochlików...
Nagle... Cava położył jej głowę na brzuchu.
- no co ty..!

- błagam, Kriss, pozwól tej chwili trwać...

Leżeli tak chwilę.
Księżyc odbijał sie w oczach Kriss, wtej chwili pełnych niepewności.
- Cava, powiedz.. co cię gnębi? Odkąd cię spotkałam, byłeś smutny i miałeś kamieną twarz...
- tam gdzie należałem.. nie znano takich słów jak śmiech, żart...
- a gdzie należałeś?
- zakon Czarnoksiężników Dzikiej Róży... zajebisty mam tatuaż, nie? - pokazął jej prawą rękę. Istotnie, cała była pokryyta tatuażem przypominajacym dziką różę.
- wow O_o
- Zakon ten zajmwoał się wróżeniem przyszłosci.. należeli do niego tylko nieliczni, wyselekcjonowani.. miałem nieszczęście sie tam dostać i słóżyć przez 15 lat mojego życia.. lecz zawsze odstawałem od reguły pokornych zakonników. Dzieci nienawidziły mnie, bo byłęm najlepszy z nich. Moje wróżby zawsze się sprawdzały i były najdokładniejsze. Lecz obowiązkiem każdego czarnoksieżnika.. no może nie obowiązkiem, raczej kategorycznym zakazem.. było wykorzystywanie swoich umiejętności dla siebie... gdy miałem 18 lat..miałem już tego dość.. wywróżyłem sobie przyszłość i za to mnie wyrzucili...
- i co sobie wywróżyłeś?
- wywróżyłem koneic świata i to co tzreba zrobić, by temu zapobiec.. wywróżyłem Ashani.. wywróżyłem też miłość...
- miłość?
- tak.. miłość.. miłość do kobiety, którą będę kochał nad życie. Nad całe moje życie.
Wtulił się w nią bardzo mocno.

- ale.. wiesz kto jest tą kobietą? - Kriss wolała do siebie nie dopuszczać myśli, ze...
- ty jesteś tą kobietą, Kriss. Moją zakazaną miłością, moim samobójstwem... - Spojrzał jej bardzo głęboko w oczy.

Ona zamilkła. Nie dopuszczała do siebie tej myśli.
- nie musisz nic mówić... i tak wiem, ze nigdy, przenigdy nie odwzajemnisz mojego uczucia.. - położył jej głowę na brzuchu. - więc błagam cię na wszystko, pozwól tej chwili trwać...
Ksieżyc oświetlał ich sylwetki a muzyka wygrywała piękną melodię, która pozostała w pamięci im obojgu. Na zawsze.

***

Tymczasem (eem, bardziej tymczasem ) Katia, Eexel, Gurani, Chazz i Brett doszli do skraju lasu, na brzeg jakiejś ogromnej doliny. Było tam pustynia, a w niej pustynne miasto. To znaczy normalna mieścinka, kamienne domki, z każdego kominka od domku buchają wesołe dymki.
- dąkąd doszliśmy? ˆ__ˆ - zapytała się Gurani
- kraina zwana Tulip. Istoty tam zamieszkujące to wilkołaki. - wyjaśnił Chazz.
- wilkołaki?
- tak. To że wilkołaki przybierają swą prawdziwąpostać tylko w pełnię,jest kłamstwem wymyślonym by ululać niegrzeczne dzieci do snu. Tak naprawdę wilkołaki zamieniają się w wilki każdej nocy, a jedynie prezd pełnią wybierają się na łowy. Muszą czuć smak świeżej krwi, po to, by nie umrzeć.
- fajnie.
- bez sarkazmów, Eexel ==" Zostajemy tu na noc. Wilki nie mogą przejść poza magiczny krąg.
Rozbili obóz na szczycie urwiska. Na wszelki wypadek ogrodzili go ostrokołem i zabezpieczyli lekką barierą ochronną.
Dzień spędzili spokojnie, na grach słownych i kilku kłótniach.

Zbliżał się wieczór. Słońce chyliło się ku zachodowi, oświetlajac wioskę. Sprawiała wrazenie wioski jakiej niemało na piszczystych, morskich wybżeżach. Lecz jednak...
Katia siedziała na urwisku, machając nogami. Nie przeszkadzało jej, że 20 metrów po nią są ostre skały. Wpatrywała się bezbarwnie w dal.
- jak jest, Katia? - przysiadł się do niej Chazz.
- sytuacion normal: all fucked up.
- rozumiem. Martwisz się utratą mocy? - przysunął się bliżej niej, korzystajac z tego, że dziewczyna wogóle nie zwraca na niego uwagi, tylko wpatrywała się w przestrzeń.
- no, trochę.
- smutna mina nie pasuje do twojej ślicznej buzi... - Chazz przysunął się jeszcze bliżej, obejmując ją ramieniem.
Nie doczekał sie odpowiedzi.
Pogładził ją po twarzy.
- jesteś taka piękna... masz takie piękne oczy... tak zamkniete.. te usta.. KATIA CO JA MAM TU KRYĆ, CHCĘ SIĘ Z TOBĄ PRZESPAĆ T_T!!!!!!!!!!!!!!
- ile? - zapytała się, wciąż wpatrzona w dal.
- hę? co ile? - wyrawany z rozpaczliwej desperacji :D
- ile? Za noc? Nie myśl, że będę pracować za darmo.
- Kaaaaaatia niebądź żyłaaaaaaa!!!!
- no to? Decyduj się. - Katia wreszcie raczyła na niego spojrzeć, leciutko otwierając oczka.
- dobrze dobrze dobrze! zapłacę ci ile zechcesz. Ale dopiero jak będę miał pieniądze. A zaręczam ci, że będę je miał.
- nie wchodzę w to.
- a ja wchodzę. W ciebie.
- a zresztą, i tak nie mam co robić.
Pocałowali się fałszywym namiętnym pocałunkiem. Łapy Chaza zcisnęły piersi Katii a jej ręce powędrowały do jego rozporka.
- moglibyście to robić kurwa gdzie indziej ==" - Brett.
- sorry.
Weszli do namiotu. I już ich nie było widać, jedynie namiot poruszał sie rytmicznie :D
Wiadomo, że na jednym stosunku sie nie skończyło... Chazz znał tajemną sztukę magii, z książki, którą zakupił w magicznym sex-shopie.

Tak więc, w tym samym czasie akt fałszywej miłosći trwał w rozpaczliwej gehennie drugiej. W tej samej chwili jedni upajali sie zmyślona chwilą a drudzy cierpieli przez chwilę, ktrej nigdy nie będą mogli przeżyć.

- nie mówisz prawdy.. nie.. ty nie mówisz prawdy... - Kriss przyłożyła rękę do ust.
- cśśś.. Kriss.. cś...
- o mój Boże... - Kriss rozpłakała się.
Cava podniusł się i obiął ją mocno. Leżeli na ziemii.
- musisz coś wiedzieć, Kriss. Życie jest grą. W tej grze są przegrani i wygrani, zawsze znajdzie się nieczysty gracz. Zdarzają się szanse dodatkowego rzutu kostką. Lecz często są niewykorzystywane. Nie wiadomo nigdy, na jakie stanie się pole. Prowadzony pionek może upaść, tak jak upada człowiek.

Rozegraj swą grę dobrze. Drugiej szansy nie ma.

Dlatego ja nie chcę zmarnować swojego rzutu kostką. Nie wiadomo jakie będzie następne pole.

***
Przenieśmy się do mrocznej odchałni, na najdalszym zakądku świata.

- Satsuki.
- pani. - Satsuki padła całym swoim ciałem na posadzkę. - powiedz mi tylko, czego pragniesz.
- śmierci, Satsuki. - dłoń, zaopatrzona w diaboliczne pazury, zacisnęła się złowieszczo.
- kogo, pani. - Satsy nadal leżała przylepiona do ziemii.
- osób niegodnych bycia mazoku.
Satsuki podniosła głowę.
-nie, jeszcze nie czas, Satsuki. Nie czas jeszcze.
Czoło mazoku ponownie zetknęło się z posadzką.
- zabij elfa. - LON walneła ręką o biurko. - sprawia mi radość patrzenie na to, jak zabijasz swoją rodzinę. Albo wcześniej.. rozwal Atamalę. I okoliczne wioski.
Satsy zaśmiała się cicho.
- jak tylko sobie życzysz.
Podniosła się, ukłoniła się nisko.
- możesz odejść.
Odwróciła się i wyszła.

*TRZASK* - zamknęły się za nią drzwi.

Jej złote jak ogień piekielny oczy zasłoniły powieki.
Satsuki stałą chwilę z opuszczoną głową. Była ubrana w czarny top bez ramion, z tyłu wiązany, i czarne, bardzo obcisłe połyskujące spodnie. Do tego czarny płaszcz, z długim trenem i jej berło. Wytopione z czarnych pereł kolczyki w kształcie odwróconego krzyża odbijały jasne światło tysięcy pochodni. Czerwone włosy także lśniły jak ogień.
- na co się gapicie. - warknęła nagle, otwierając oczy. Trzech mazoku skuliło się pod ścianą. - ktoś wam pozwolił?
- ależ my nic nie...
- ZAMKNĄĆ MORDY!!!

*ŚŚŚŚŚIST* - zamachnęła sie berłem, przecinając cała trójkę na pół. Po chwili pozostał po nich tylko czarny dym, który rozmył się wpowietrzu.

Na jej ustach zagoscił grymas odrazy.
- ścierwo. - splunęła i ruszyła korytarzem.
- witaj, Satsuki. - jakaś mazoku płci żeńskiej zatrzymała sie przy dziewczynie.
- siem. - stanęła przy niej, lecz nie zaszcyciła spojrzeniem.
- dokąd mykasz?
- zapierdolić kilka wiosek. - uśmiechnęła się sadystycznie.
- jakbyś była w okolicy Atamali... może znajdziesz Zwój Ograniczeń?
- Zwój Ograniczeń? - Satsuki spojrzała się na towarzyszkę.
- tak. Zawiera on wiele prawd o życiu i śmierci, nie wiesz?
- oczywiście że wiem.
- a wiesz że wszyscy tutaj bardzo chcemy ukatrupić twa matkę.. z polecenia LON. - zrobiła niewinną minę.
- jak znajdę to przyniosę. - odwróciła się i wyszła.

***

- Zwój Ograniczeń. - zakapturzona Satsy powiedziała beznamiętnie do dziadowatego bibliotekarza.
- niestety. - rozłożył ręce.
- co "niestety".
- nie posiadamy tej książki w naszych zbiorach.

*ŚWIST*

Włócznia Satsy symetrycznie wylądowała pośrodku głowy bibliotekarza.
Dziewczyna złożyła ręce.
Szepnęła jakieś zaklęcie.
Włócznia rozbłysła żywym ogniem, popieląc całą wioskę.

Satsuki wyszła na plac.
Zabębniła na włóczni "Golenie i Strzyżenie".
Wszystkie spopielone chaty zapadły się i rozleciały w pył.
- nudno ==" - Satsuki zdematerializowała się.

Wylądowąła na obrzeżu lasu.
- wujku Valu. - uśmiechnęła się mimowolnie pod nosem.



- wujku Vaaaaalluuuu...!



- POKAŻ SIĘ TY MAŁY FIUCIE!!!!!
Zbulwersowany elf spadł z drzewa.
- JAK ŻEŚ MNIE NAZWAŁA??!?!?!
- mały fiuuuuuuut :P
- !!!!!
- jesu, saras oczy ci z orbit się wyturlają ==" Pozatym nie podniecaj się tak, przyszłam cię wykastrować.
- że co?
- dziewictwo ==" Zrobię ci z jaj druty telegraficzne ==" O ile jakieś masz.
- mam :P
- nie masz :P a nawet jeżeli masz to ci fistaszka zabrakło :P
- NIEZABRAKŁO!
- jak nie jak tak.. a czym zgwałciłeś wiewiórkę ziemną w tamtym tygodniu?
- FIUTE.. NIE GWAŁCĘ WIEWIÓREK ZIEMNYCH ><
- jak nie :P mam dokładne sprawozdanie! Cztery normalne stosunki, dwa analne (chyba ci się cuś wymskło :P), nie wspominajac o oralnym! I to wszystko z apomocą kijka od szczotki ==" a tak swoją drogą, miłości francuskiej z tobą ta wiewiórka nie przeżyła =='
- !!!!!!!___!!!!!!!! NIEPRAWDA! - Elitrandir strzelił buraka :D
- prawda prawda :P a nie pamiętasz jak kiedyś po pijaku zgwałciłeś łosia? I to samca! Geezas =="
- SKĄD TY MASZ TAKIE INFORMACJE?
- poufne :P Zresztą co tu ukrywać, bierzesz wszystko co się rusza :P Tylko niewiadomo czym :P Twoja wyobraźnia jest naprawdę wielka huhuhuhu - Satsuki zaśmiała sie obleśnie.
- TY MAŁA.. CHOLERNA..!
Elitrandir czerwony jak zachodzące słońce wyciągnął miecz i zamachnął sięńa Satsuki. Lecz ta bez trudu uniknęła ciosu.
- dobra. Czas kastrować tralala tralala tralalaaa... - zaśpiewała piosenkę rodem z "mydełka fa" :D Błyskawicznym ruchem wbiła włócznię w ziemię, ułamek sekundy później chwyciła Elitrandira za łeb, podskoczyła z nim w powietrze i...
- WSADŹ SE!

UUUU >< musiało boleć ><

- !_!O_O_%_%&_&@_@#_#+_+ - Elitrandir z włócznią wbitą wiadomo gdzie :D
- no i cooo umieraaaj !
- +_+
- hm? - Satsuki podeszła blizej i spojrzała blizej na Elitrandira.. lecz po chwili odskoczyła, trzymajac sie za pierś.
- NIEEEEEE!!!!! TO NIE MOZE BYĆ PRAWDA!!!!! NIEEEEEEEE!!! - lecz po chwili zaczęła sie śmiać tak, ze mineła duuuuużo czasu zanim się uspokoiła :D

*** TROCHĘ PÓŻNIEJ, U LON.

- słucham? Dlaczego, Satsuki, misja sie nie powiodła? - zapytała się złowieszczo LON.
- (mfafafaha) pani, Elitrandir jest kobietą.



- MUUUUUUUUAHHAHHAHAHAHAHAHAHAHAHHAAAAAAAA!!!!!!!!!!!! - LON spadła ze swojego tronu :D Po chwili Satsy także wybuchła śmiechem i obie się brechtały przez czas długi ^^

***
Minęła noc. Nastał mroźny ranek, śnieg sypał bardzo obfice, jednak nie wiał wiatr. Właściwie, w królestwie chochlików nie ma takich pojęć jak "śnieg" czy "wiatr".
***

Kriss otworzyła oczy, lecz od razu oślepił ją blask słońca. Niewątpliwie był ranek. Tak jak niewątpliwie była w tej chwili sama. Na polanie przepełnionej cudnym kwieciem i trawą, oprócz owadów i małych zwierzątek nie było nikogo. W trawie był widoczny jedynie odcisk stóp i dwuch postaci.
- ja pier.. - Kriss podniosła się. - przypomniała sobie wszystko, co było tamtego wieczoru, oraz to, w jaki sposób rozmnażają się trytony, co wywołało u niej mimowolny uśmiech. Lecz od razu przymkneła ręką osta, jakby sama siebie karcąc że śmieje się z takich obleśnych rzeczy :D
Mina jej zrzedła, przypominajac sobie wyznanie Cavy.
Spowrotem położyła sie na ziemii.
Myśli krążyły jej po głowie. Co ona właściwie ma zrobić? Kocha Venetha, ale przecież.. Veneth nie żyje...
- NIEŹLE SIE BAWILIŚCIE WCZORAJSZEJ NOCY, CO?! - Ashani zawisła nad nią niczym Merle z VoE :D
- CO TY ZA PIERDOŁY CHRZANISZ? - Kriss zerwała się, chwytając syrenę za twarz i przywalając ją o ziemię.
- a co ty się tak bulwersujesz :P zejdź ze mnie bo pomyślą, że jesteśmy les :P
Lecz Kriss wciąż patzrała się na nią wściekłym wzrokiem.
- a właściwie.. oooch kochanieeeEEE!!! Pieść mnie tak dalej..!!! TACZ MI AaaaaaaAAACH TACZ MI!!!
Kriss dobiero teraz się otrząsnęła i z siłą rakiety Tomahawk odsuneła się od wijacej Ashani :D.
- spoxik :P just kidding :P
- zboczona ==" obleśna ==" bezwstydna ===" - Kriss nie wiedziała jak wyrazić swoją odrazę :D
- a bij grzyba :P Sama jesteś zboczona :P Co ty wczoraj z Cavusiem robiłaś?
- NIC ! KAPUJESZ?! IDIOTKO? KRETYNKO? PEDERASTKO? NIC! EN- I- CE!
- :P a weś ty sie fakaj :P W światle ksieżyca.. tak *ach* saaaaaammii..
- o jesu, jak ja ci zaraz centralnie ZAJEBIE! CHO NO TU OBLEŚMENKO!
I się ganiały wokół polany :D
W końcu, padniete, padły na trawę.
- dobra-bobra. I tak wiem, że nic nie robiliście. Cava nie z tych. - Ashani stanęła naprzeciw Kriss. Nagle przybrała poważną minę. - ale czy zdajesz sobie sprawę, że go ranisz?
- co?
- ranisz go, Kriss. - w oczach Ashani stanęły łzy. - nawet nie wiesz jak bardzo.
- pierdolisz =="

*TRZASK* - nagle Kriss dostała z całej siły w policzek. Uderzyła skronią o kamień i straciła przytomność.

- szmata. Pierdolona szmata. - Ashani z westchnieniem przykucnęła i rzuciła czar uzdrawiający. Gdy Kriss zaczęła otwierać oczy, syrena wstała i uciekła.
Kriss nic nie powiedziała (właściwie to powiedziała, ale cenzura obowiazuje) i wstała. Polanę pokrywało wiele śladów. Jednak jednych nie można było przeoczyć. Cava przeważnie chodził boso (tak! boso! a przez spodnie nic nie widać). Kriss spodążyła za tymi śladami. Weszła między drzewa, aż w końcu powiew wiatru owiał jej twarz.
Cava klęczał na ziemii, jedną ręką dotykając podłoża. Wokół niego gromadziła sie energia rozmaitych barw i maści. Wypełzała ona z mmiejsca, gdzie dłoń stykała się z podłożem. Był to środek nieco koślawo narysowanego pentagramu.
Kriss przykucnęła, by się lepiej przyjżeć zjawisku. Nie zauważyła, że wokół niej zebrało się także mnustwo chochlików.
Miejsce to rozbłysło ogromną feerią barw i kolorów.
- nie uda mu się.
- uda!
- stawiam tzy nasionka że się uda!
I tak się chochliki zakładały.
Cavie ze skroni zaczęły płynąć kropelki potu.
- JB˝Ś{˙µśR91J1)JJJ!!Ś{­„sﵜ答֜„Δ{Ś!{cZĄ{k˙˝cZB9÷µ­”祌µŚ{­„sﵜ答֜„Δ{ŚcR­ś”„skś{k”sÖď÷Rśµ1csBŚĄ)ZkÎÎÎ!!!

Nagle, niebo momentalnie pociemniało i stało się czarne jak smoła. Taki sam zaczął padać deszcz. Z miejca, gdzie ręka Cavy stykała się z podłożem wybuchł ogromny czarny obłok pary.
Para ta zaczęła przybiarać kształt sylwetki. Lecz nie była to ani sylwetka ludzka, ani zwierzęca.
Gdyby mój chaos został zekranizowany, po tym widoku nie moglibyście spać po nocach :D
Samej Kriss włosy zjeżyły sie na głowie i wyglądała jak podłączona do prądu :DDD niahahaha :DDD
Nie no, bez jaj :D Sylwetka przmówiła do Cavy zmęczonym, starym głosem. Ani męskim ani damskim. Świszczącym jak wiatr.
- obudziłeś....!
- ’Î y–Ň x“Đ sŽÇ h€´miło mi was widzieć ^^

ALL ZEBRANI:

- obudziłeś nas... dusze niesłusznie ukarane... jak możemy okazać.. swą wdzięczność...
- µŻxÂÎĐÍÎĚ’ĚÎŁŁŃĘął±w€ ţ
- ąx¸¸€ą¸ąĹ’•Í•śŁ
- ÄÂĂ˝x¸wą¸µąŽ‘ĎÍÎ!
- MŁEHEHEHE



- x°®«łxą€ÄŽ
- Ż´®u·{ą‰‰
Zapadła cisza.
- mam nadzieje, że nie powiedział mu, jak się rozmnażają trytony ==" - szepnęła Kriss do jakiegoś chochlika :D

- ¶¶vvvv±vvvvvvvvł±±±±±±±±±vvvvvv±±±±´w˝˝€Ůýüűüűüţů˙˙˙˙˙˙˙˙˙˙˙˙˙˙˙˙˙˙˙˙˙ůüüüüűüűüüűüűűűűűüűüűýů˙˙˙˙˙˙˙˙˙˙˙˙˙˙˙˙˙˙˙˙!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Zawył nagle stwór. Rozbłysło białe światło.
Wszyscy zebrani stracili przytomność.

MINĘŁO KILKA MINUT.

- o Ţ ‡¤•ž× ƒ...! - jęknął Cava
- że co pierdolisz ==? - Kriss, podnosząc się z ziemii
- takie przekleństwo ..
- ==" powtórz.
- Ţ ‡¤•ž× ƒ
- dżisas, tu można cały układ kostny twarzy na tym połamać =="
Owszem, bowiem Cava przemawiał językiem podobnym do języka Prota (pamiętacie K-Pax :D?) lub obcego-murzyna z Men In Black II :D

***

Nad wiochą wilkołaków wstał ranek. Nad obozowiskiem naszych bohaterów także.

*FUUUCHHH* - Katia, zaciagawszy się, smętnie wydychała dymek papierosowy. Siedziała w czerwonym szlafroczku, wpatrując się nieobecnymi zamkniętymi (:D) oczami w dal.

Z namiotu wyszedł Chazz.
- eeeej, daj też!
- znowu..?
- ==" chodzi mi o szluga. Ale jeżeli byś chciaaałaaa...
- forsa - wciagnęła dym.
- no co no co. - siadł obok niej. - nie powiesz mi może że nie było ci fajnie?
- *FUUUUCH* - dmuchnęła mu w twarz :D - wiesz, Chazz. Nie bierz tego do siebie, ale miałam naprawdę wielu facetów, a ty jesteś... - wykonała ruch jakby chciała powiedzieć "niskie mniemanie" from Shrek :DDDDDDDDDDD - ty jesteś przeciętny. Wiele razy uprawiałeś seks z kobietą?
- no chyba nie z mężczyzną =="
- hę? - spojrzała na niego rozbawionym wzrokiem. - wymigujesz się od odpowiedzi! jesteś prawiczkieeem jesteś prawiiiiiiiczkieeeeeeeeeem :PPPPPPPPPPPP
- NIE JESTEM PRWICZKIEM -_<
- Ale byyyyyyyyłeś, zanim nie przespałeś sie ze mną młahaha :P
- NIEPRAWDA!
- PRAWDA!
- EJ! CO MI ROBISZ KOBIETO!!!!
- :PPPPPP
- AAAAAAAAAJJJJ!! MOJE WŁOSYYYY!!!!!! PALĘ SIĘ! PALĘ SIĘ! PALĘ SIĘ!
- a kij ci w dupę >:P - wstała i poszła do namiotu.
Tymczasem Chazz biegał w kółko :D
- PALĘSIĘPALĘSIĘPALĘSIĘPALĘSIĘ IIIIIIIIIIIIIKKKKKKKKK!!!!!!!!!!!! :D

- cicho byś był....

Na kamieniu, w pozycji famme fatale siedziała Eexel, kończąc manicouire.
- O_O siem Eexel! - Chazz z twarzą całą w piasku :D
- ano witaj .
- O_o Eexel czy ty też może przewidujesz okazyjnie usługi?
- Chazz. Ile razy mam ci mówić. Dla CIEBIE nie przewiduję usług, ponieważ jesteś bratem swojej siostry. - rzekła głosem Jarosława Dymka :DDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDD
- taa, a do Venetha od razu byś poleciała =="
Nie odpowiedziała, z tym samym uśmiechem co zawsze malując paznokcie.
- tania dziwka =="
Z namiotu tymczasem wyszła prawdziwa tania dziwka, a mianowicie Gurani.
- siemcia ˆ__ˆ
- sremcia =="
- witaj siostro. Wybacz Chazzowi, ma zły humor.
- zły sex ˆ__ˆ?
- NIE! - Chazz
- tak. - Eexel :D
- rozumiem ˆ__ˆ. Chazz, nie zapomnij, że ja kosztuję 40 junitów (1 junit - 3 złote) za godzinę ˆ__ˆ. Jak wiesz mniej niż Katia.
- CZTE-E-E-E-E..? ILE?
- czterdzieści ˆ__ˆ
- I TO MNIEJ NIŻ KATIA???? TO ILE KATIA MA?
- Katia? Równą setkę, ze zniżkami nawet o 70 % dla stałych klientów. ˆ__ˆ. Stała się ekskluzywna.
Chazz ekskluzywnie zemdlał :D
- a temu co? - Katia wyszła z namiotu.
- dowiedział się, ile kosztujesz ˆ__ˆ
- powiedziałaś mu, że 100 junitów?
- yhym ˆ__ˆ
- mogłaś powiedzieć mu że 200 =="
- czemu ˆ__ˆ?
- a wiesz, że odkąd spotkałam Venetha z nikim nie mogę spokojnie się sexić? =="
- żartujesz O_O - Eexel i Gurani
- tak :P
- acha ˆ__ˆ

***

Princessa przeszła po swojej siedzibie, wyraźnie nad czymś myśląc (ona myśli O_O amazing!). W końcu padła na krzesło.
- co się dzieje, mamo? - zapytałą sie Alira
- ja myślę
- a to nie przerszkadzam.
Tak siedziały chwilę, Princessa z głową wbitą w stół a Alira z wzrokiem wbitym w swoją colę.
- tak się zastanawiam.. co by się stało.. gdybym umarła...
Wzrok Aliry roztrzaskał szklankę coli.
- CO? O CZYM TY MYŚLISZ =='
- bo zobacz.. wszyscy szukają sposubu na moją śmierć... prędzej czy później znajdą. I co wtedy? Co z ludźmi? Przecież sen jest integralną częścią duszy... ja tworzę sny. Afikt je obrania, ale ja sny TWORZĘ. Uuuuuu ><
- mamo, będziesz miała okres V_V.
- _____
- mamo.. nie patrz na mnie takim wzrokiem ^^"""
- twoja siostra. - Princessa uderzyła ręką w stół. - nienawidzi mnie. - kilka łez spłynęło po policzkach Princessy. - ona bez trudu znajdzie sposób by mnie zabić.
Zapadła cisza.
- a Rezo? To nie Rezo! nie Rezo.
Princessa wyszła na balkon. Była pogoda taka jak zwykle. Piździło tak, że nic nie było słychać :D Krajobraz podzielony jak pęknięte lustro, chmury, burza, błyskawice, niebo w różnych odcieniach czerni.
"co powinnam zrobić.." - pomyślała Princessa. Wiatr targał jej włosami i płaszczem. Coraz mocniej. Zacisnęła mocno powieki.

- CO POWINNAM ZROBIIIIIIIIIIIIIIIĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆ????!!!!! - krzyknęła, lecz wiatr zagłuszył jej krzyk.

***

Katia, Chazz, Eexel, Gurani i Bratt odważnie postanowili wkroczyć do wioski Wilkołaków.
Szli, szli, a każda minuta dłuzyła się tak jak tydzień. W końcu doszli do wielkiej bramy.
- ty pukasz. - zapowiedziała Katia Chazzowi.
- nie, ty pukasz =='
- ty pukasz =='
- ty pukasz =='
- ty, powiedziałam =="
- no mówię że ty =="
- ty pukasz =="""
- ty pukasz ==""""""'


*STUK STUK* - zastukali oboje :D

- boję się - zatelepała się Gurani
Eexel zachowywała kamienną minę a Brett próbowała ukryć strach pod potokiem przekleństw i bulzgów. Chazz i Katia byli spokojni, lecz to tylko pozorny spokój.
Czekali chwilę, aż usłyszeli jakieś kroki z dugiej strony bramy.





- PIIIIIIIIIIIIIIIIIIIISSSSSSSSSSSSSSSSSSSSKKKKKKKKKKKKKKKKKKKKKKKKKKKKKK!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

- hm? - jakiś niewielki facecik rozglądnął się.Przed baramą nie było nikogo. - znówu dzieciaki z sąsiedniej wioski robią sobie żarty...
Już miał zamykać wrota, gdy...

-błagamnieróbnamkrzywdy...! - jęknął skulony na ziemii Chazz
- miteżniemiteżnie T_T - Katia obok Chazza.
Reszty herosów nie było, bo pouciekali :D

- ojej! - gościu się zaśmiał.
Chazz i Katia odważyli się otworzyć oczy.
Zburaczyli się, widząc niewielkiego facecika, wyraźnie się z nich naśmiewającego.
Wstali z godnością.
- dzień dobry, nazywam się Katia, a to jest Chazz, miło nam pana poznać, z kim mamy przyjemność?
- Rubert, klucznik - ponownie się zaśmiał. - aż taki jestem straszny? Jeszcze drżycie na skórze!
- #==#
- nie pan taki straszny, jak pogłoski które krążą o tej wiosce. - powiedziała nagle, pojawiajaca się niewiadomo skąd Eexel (niby że wciąż tu była ha ha ha _-_)- plotki mówią że jest to wioska wilkołaków.
Facet się zaśmiał.
- ano jest wioaska wilkołaków. Nawet ja jestem wilkołakiem...

*ŚWIST* - cała trójka padła skólona na ziemię.

- błagambłagamniezabijajnas T_T!
Facet się zaśmiał bardzo mocno.
- nie taki wilkołak straszny, jak go malują. Zresztą chodźcie, pokażę wam.
Odwrócił sie, gestem nakazując podążania za sobą. Jednak nie słysząc kroków odwrócił się.
- ==
- ============="
- no nie bujcie się, naprawdę wam sie nic nie stanie!
W końcu, wszyscy zebrali się do kupy i weszli do wioski.
No cóż.. wioska jak każda inna.. małe domki, wesołe dzieciaki ganiajace się po ulicy, krzątajace się kobiety, upominajace swe pociechy, plotkujące, wieszajace pranie, meżczyźni kłócący się o rozmiar złowiomnych ryb, i grający w ciupy na gankach swoich domów.
- mi się wydaje, ze te jebane wilkołaki to był chwyt reklamowy. -zauważyła Brett.
Reszta wolała i tak się nie odzywać.
Bo najdziwniejszą rzeczą w tej wiosce było to że - naprawde dziwne - nie było tam żadnego zwierzęcia.
Budy wiały pustkami, łańcuchy poobrywane, nigdzie nie chodizły kury ani inne często spotykane ziwrzęta domowe, nie wpsominając nawet o zwykłych wróblach.
Po po prostu cisza. Cisza wypełniona gwarem.
- chodźcie, omówimy to spokojnie przy kawie. Nie często, trzeba przyznać, mamy tu gości.
Usiedli w knajpce "U wesołego Johna Skrenta". Zamówili herbatę, kawę, wódkę (dla Chazza :D0 i jedzenie polecane przez Ruberta.
Nie mieli ochoty nic mówić, dopuki kelner nie przyniusł zamówionych napojów.
- co w końcu z tymi wilkołakami? - zapytała się skołowana Katia
- a co ma być - Rubert siorbnął swoją lemoniadę - jesteśmy i już.
- -śmy? jesteŚMY? ==''''''- Chazz
- tak. Trzeba wstydliwie przyznać, że nawet ja jestem wilkołakiem.
- myślałam że wilkołaki mają takie takie o tu tu tu uszka, wonsy i takie słodkie mordki ˆ__ˆ psie ˆ__ˆ - wtrąciła sie Gurani zawzięcie gestykulując.
- ========'
- w dzień mamy postać ludzką. Wraz z zapadnieciem północy... zamieniamy się w wilki.
- w wwwwiiiiiiiiiilki? a nie wielkie maszkarony?
- nie. Istnieją dwie rasy wilkołaków. Wyhodowane za pomocą magii i wilkołaki które.. hmm.. były od zawsze. My jesteśmy tymi drugimi. W dzień ludzie, w nocy wilki. Tyle że w nocy troche tracimy kontrolę nad sobą. W właściwie całkowicie. Nikt nie wie co się z nim dzieje po wybiciu północy.



Co będzie dalej z naszymi bohaterami...?


C.D.N

   
 
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść publikowanych tutaj prac. "
   
   
  Kopiowanie materiałów ze strony bez wiedzy i zgody autorów zabronione!
Strona http://slayers.wszechbiblia.net jest częścią portalu Wszechbiblia.NET
© 2000 - 2010 Wszechbiblia Slayers & Wszechbiblia.NET

Strona wygenerowana w: 0.92459500 1276783314
Slayers Copyright (c) 1989- 2010 Hajime Kanzaka / Rui Araizumi /
Kadokawa Shoten / TV TOKYO / SOFTX / Marubeni
 

Valid XHTML 1.0 Strict    Valid CSS!