Wszechbiblia Slayers

Księga gości  Księga gości Lista dyskusyjna  Lista dyskusyjna Forum  Forum
Redakcja  
News  
Artykuły  
Konkursy
Intro
Manga
Anime
Powieści
Postacie
Magia
Opis świata
Chronologia
Slayers Fight
Gdzie kupić
Seiyuu
Fanfiki
Fanarty
Fanmanga
Audio
Galeria
Cosplay
Dodatki
Inne
Gry
Linki

Fanfiki

   «««                  
     
   
Informacje
 
 
Autor:
Tytuł:
Miju7
Slayers Sorai
rozdział #05
 
Treść fanfika..
Slayers Sorai
part five

Niebo przybrało jasno niebieską barwę. Ptaki krzyczały w zielonej puszczy. Załoga Emperi'i One patrzyła długo- milcząc- nim wreszcie Lina kazała Zelgadisowi otworzy. Łamanie szyfru- czyli to, co inżynier/ informatyk lubił najbardziej- musiało trochę potrwać.
-To jest pierwsze Serce Gwiazdy, jakie spadło na naszą Chikyu.- Szepnęła Wittali w nabożnym skupieniu- wpatrzona w metalową konstrukcję.- Wy jesteście bogami...
-Wcale nie, posłuchaj- jesteśmy...
-Przyniósł was Ognisty ptak... Jesteście więc chyba godni obcować z Sercem Gwiazdy.- Ciągnęła nie zwracając uwagi na protesty biolog. Oderwała wreszcie wzrok od kadłuba KO-324 Missouri i zwróciła te swoje niesamowite oczy na Linę. -Ty tu jesteś najważniejsza... Jesteś Matką swojego małego plemienia więc to do ciebie należy teraz Serce Gwiazdy. W imieniu mojego plemienia, na którego ziemię spadło- przekazuję ci je.- Lina otworzyła szeroko oczy ze zdumienia... Matką swojego plemienia? Omal nie wybuchła śmiechem- zachowała jednak powagę, by nie urazić małej Neko. Skłoniła się głęboko ukrywając uśmiech. Kotka uśmiechnęła się za to i znów spojrzała na okręt.
Zelg podłączył się do wejścia w looku. Jego mały dekoder pracował na najwyższych obrotach brzęcząc cicho. Dziesiątki języków, setki znaków, tysiące kombinacji, miliony możliwości... Sprawdził czas- jeszcze...
-Długo jeszcze?
-...osiem minut pani kapitan.- Westchnął- cóż mógł jeszcze zrobić? Tylko czekać. Zaczął od niechcenia wystukiwać na klawiaturce rytm ulubionej piosenki. Udając że pracuje zanucił ledwie dosłyszalną melodię...

Świat
jest zagadką tak jak ja
Każda chwila
jest jak skarb
A marzenia...
to wszystko co mam
A mów
sobie zdrów przez cały czas
Ja nie słucham cię i tak
I nie będę...
Tym kim chciałbyś ty żebym był!
Uwierz mi
I nie jestem chłopcem mówię wam
Lecz mężczyzną- honor mam
Więc nie można
tak po- miatać mną
Bo ja...
Chcę nareszcie zacząć żyć!!!- Pełną piersią z całych sił!!!
Chcę być wolny i znać szczęścia smak...

Zamilkł. Przerwał. Ta piosenka... Budziła zbyt wiele wspomnień. Zerknął na timer- jeszcze siedem minut- westchnął i oparł się o metalową ścianę.

Cisza przedłużała się. Była męcząca... Jakby oczekiwała... Na coś strasznego? Amelia nie mogła już tego znieść- otworzyła usta by przerwać- w tej samej chwili jednak kocica syknęła. Uniosła rękę- czy też łapę- i zmarszczyła groźnie brew. Nasłuchiwała... Patrzyli na nią w oczekiwaniu... Uniosła powoli głowę i popatrzyła na nich dziwnym wzrokiem. Powiedziała tylko jedno słowo...
-Nadchodzą...

I nadeszli. Najpierw usłyszeli dźwięczny świergot. Potem szelest liści. A potem byli już otoczeni... Stworzenia nie bały się- odważnie wyszły z cienia- uzbrojone we własne szpony...
-Mushi...- Szept Wittali... Pełen pogardy, obrzydzenia i... Taak- strachu... Zimnego, lepkiego strachu.
A miała się czego bać- Mushi wyglądały okropnie... Spłaszczona głowa, długie czułki, oczy- jak ogromnej muchy... Szczypce ociekające czymś białym, chitynowy pancerz w kolorze krzemu i błota. Wyglądali trochę jak przerośnięte modliszki- znacznie ohydniejsze: sześć odnóży na których się poruszały i dwie, wielkie, ostre jak żyletki szable... Złożone teraz na... Jeśli to w ogóle można nazwać piersią. Przez cały czas świergotały- na początku ten dźwięk się nawet Ame podobał, jednak gdy ujrzała kto- a raczej co- go wydaje, napełnił ją tylko bezgraniczny wstręt do tych potwornych stworzeń. Jak natura mogła stworzyć coś takiego? Jak mogła pozwolić temu żyć? Zbliżały się powoli, poruszając się skokami- niczym tanie animacje poklatkowe.

Jedna z tych odrażających bestii podeszło bliżej niż pozostałe- została za to nagrodzona drzewcem dzidy w brzuchu. To otrzeźwiło pozostałych.
-Zelgadis rób swoje!- Krzyknęła kapitan Inwerse, wyszarpując jednocześnie broń z kabury. Wymierzyła i strzeliła. Siła strzału urwała jednemu z prześladowców prawą łapę jednak to go nie powstrzymało!!! Popatrzył tylko na ranę i skoczył w stronę pani kapitan- ta strzeliła jeszcze trzy razy... Trafiła dwukrotnie, niemal rozrywając ciało Mushi na kawałki- dopiero wtedy przestał się poruszać... Amelia również wyciągnęła broń- ustawiając się plecami do Xellosa i Liny- każdy osłaniał każdego. Usłyszała charakterystyczne kliknięcie, gdy kapitan przełączyła pistolet na ogień ciągły. Drugie- to samo zrobił Xel. Spojrzała na swoją broń... Nie pamiętała kiedy strzelała po raz ostatni... To chyba było jeszcze w akademii... Nigdy nie lubiła broni. Nie rozumiała czym tak zachwycają się jej koledzy. Dla niej to był tylko kawałek powyginanej stali... Niepewnie przekręciła wskaźnik- wymierzyła... Usłyszała jak obok niej kapitan pakuje całą serie w jedną bestię... Opryskały ją krople brudnozielonej posoki... Zacisnęła oczy... Tak bardzo teraz chciała żeby jej tu nie było... Świergot tuż przed nią- w ostatniej chwili otworzyła oczy. Pędząca bestia-instynktownie niemal pociągnęła za spust i... Nic się nie stało!!! Jeszcze raz, jeszcze...
Broń wypadła z zdrewniałych z przerażenia palców... Oczy przesłonił ślepy strach...

-Wporzo Ami???
-Mój pistolet! Zaciął się!!!
-Ach, to tanie nowomodne żelastwo... Nie to co kiedyś!- Krzyknął Xellos ze nieszczerą wesołością. Pociągnął za spust- przed nim seria rozpruła obcego na dwoje obryzgując go krwią. Jeszcze dziesięć... Nie dwanaście naboi... Czół oddech kulącej się za nim kotki i klęczącej obok biolog.- --Długo jeszcze Zelg?- Krzyknął za siebie.
-Cztery minuty!!!- Usłyszał w odpowiedzi.
-Xel, ile ty masz naboi?- Pani kapitan...
-Teraz siedem!- Wrzasnął. Pociągnął za spust... I jeszcze, i jeszcze... Po chwili zamiast huku wystrzału usłyszał tylko suchy trzask. Rzucił broń i wyjął sztylet. Przerzucił ostrze do drugiej ręki.
-No, come on ślicznotki...- Wysyczał przez zaciśnięte zęby do otaczających ich potworów. Trzask po lewej. Odwrócił głowę- Ty też?- Uśmiechnął się sztucznie do Liny. Odpowiedziała mu śmiesznym grymasem... Jednak teraz nie miał powodów do śmiechu.- Zelg, ile jeszcze?- Powiedział cicho- a jednak mimo tego okropnego dzwonienia zewsząd, inżynier usłyszał.
-Dwie i pół...
-Wytrzymamy dwie i pół?- Zerknął na Linę. Ku jego zdumieniu to nie ona mu odpowiedziała.
-Wytrzymałabym całe życie.- Syczący głos. Kotka zwęziła oczy i z obnażonymi szponami skoczyła na najbliższego Mushi...

Padł kolejny. Rana przebiegająca wzdłuż obojczyka pulsowała bólem. Krew barwiła insygnia komandora na czerwono. Cięła jeszcze raz, nie zdążyła się jednak uchylić... Siła ciosu rzuciła ją na zalaną purpurą trawę. Słyszała krzyk kotki i Amelii... Miała nadzieję że Xellos jest z nimi...
-Zelgadis, na miłość bogów!!!
-Pół minuty!!!
Podniosła się na kolana i rzuciła sztyletem- trafiając w środek czoła owada.
-Boże, miej w opiece moją...
-Jeszcze nie tym razem kochanie!!!- Podniosła głowę... Świergot również ustał na moment... U wylotu polany stał nie kto inny jak...

-Goury!!! Filia!!!
-Ktoś tam w górze czuwa nad wami.- Filia z zimnym uśmiechem na ustach i żądzą mordu w oczach dzierżyła stary model TG500... Skąd ta szczupła i wiotka dziewczyna miała siłę, by trzymać go tak pewnie w delikatnej dłoni? Zabójcza broń w posiadaniu szalonej blondynki... Wyglądała jeszcze groźniej niż zwykle...
Gabriev również nie przybył z pustymi rękami. Najnowocześniejszy AF- Silver Death połyskiwał swoim spustem w jego palcach. Uśmiechnął się do maszkar i- równocześnie z Filią- wypalił.

-Już!!!- Krzyk Zelgadisa połączył się z sykiem otwierającego się looku. Lina obejrzała się... Skoczyła na równe nogi i pociągnęła biolog za sobą. Kątem oka dostrzegła Xellosa łapiącego Lekarza pod pachę.
-Gourry!!! Zostaw ich!!!
-Chwila...
-Gabriew, to rozkaz!!!- Wskoczyła w zamykającą się już klapę- ręce inżyniera wciągnęły ją do środka.- Graywords odpalaj!!!
-Tak jest sir!!!- Pognał na mostek.
Gourry przestał strzelać i pobiegł w stronę looku. Potężna broń ciążyła mu w rękach... Nagle omal się nie potknął- coś złapało go za nogawkę. Odwrócił się wściekle gotów kopnąć to coś gdy...
Patrzył przez chwilę w te oczy... Tak niesamowite złoto zielone... W błagalnym wyrazie, połyskujące łzami... W ułamku sekundy podjął decyzję. Złapał tę istotę w tali- od razu ufnie przylgnęła do jego piersi- i pognał do zamykającego się przejścia. Na pokład wskoczył w chwili gdy statek odrywał się już od ziemi.

   
 
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść publikowanych tutaj prac. "
   
   
  Kopiowanie materiałów ze strony bez wiedzy i zgody autorów zabronione!
Strona http://slayers.wszechbiblia.net jest częścią portalu Wszechbiblia.NET
© 2000 - 2010 Wszechbiblia Slayers & Wszechbiblia.NET

Strona wygenerowana w: 0.71012100 1276783995
Slayers Copyright (c) 1989- 2010 Hajime Kanzaka / Rui Araizumi /
Kadokawa Shoten / TV TOKYO / SOFTX / Marubeni
 

Valid XHTML 1.0 Strict    Valid CSS!