Wszechbiblia Slayers

Księga gości  Księga gości Lista dyskusyjna  Lista dyskusyjna Forum  Forum
Redakcja  
News  
Artykuły  
Konkursy
Intro
Manga
Anime
Powieści
Postacie
Magia
Opis świata
Chronologia
Slayers Fight
Gdzie kupić
Seiyuu
Fanfiki
Fanarty
Fanmanga
Audio
Galeria
Cosplay
Dodatki
Inne
Gry
Linki

Fanfiki

   «««                  
     
   
Informacje
 
 
Autor:
Tytuł:
princess_Amelia
I nastal Chaos 6
rozdział #06
 
Treść fanfika..
Cholipa, no! Mam głowe pełną pomysłów, a tu ja dopiero w lesie! A dokładniej w krainie nimf powietrznych.

KSIĘGA SZÓSTA - URODZINY FANFIKA [:DDDDDDD

rozdział 6.6.1

*UUUUUUUUUFFFFFFHHHHSSSSSSSSSSZZSSSss...* - zawiał wiatr szumiąc w płatkach drzew

- odpoczniemy gdzieś? co zjemy?
- zaczęłaś dobrze Lina. lecz jak zwykle wszystko sprowadza się do twojego żołądka. - warknął Zel, którego ta idylliczna sceneria zaczęła przerastać
W końcu , z braku pomysłów, położyli się pod ukwieconymi drzewami.
- wspaniale tu, prawda?
- tak..
- dlaczego te płatki spadają, a wciąż odradzają się nowe?
- wszystko umiera by coś mogło się odrodzić...- powiedziala Tanja i wstała - idę na spacer.- i faktycznie poszła.
Niebo świeciło różowawą łuną, gdzieniegdzie pozwalając przedrzeć się nieśmiałym odcieniom błękitu.
- wiecie co? dziwniejszej dziewczyny to ja w życiu nie widziałam. - westchneła Amelia -no, oprucz oczywiście panny Liny.
- AMELIA!!!
- niiic, nic nie mówiłam.
- no, ja myslę.
- to nie myśl, bo wyczerpie ci się akumulator, i nie będą miały się czego trzymać uszy. - westchnął Zel. tym razem Lina nie wytrzymała i rzuciła w niego czymś twardym.
- panno Lino, pragnę zauważyć, że jestesmy wciąż obserwowani przez nimfy powietrzne..- wtrąciła Amelia
- odpierdol się kurwa ich mać!!!
- ...
- cóż za bogate słownictwo...- powiedziała spokojnie Kriss leżąc na boku i wpatrując się w różowawe płatki kwiatów, którymi bawił się wiatr pomiędzy źdźbłami trawy. - oczywiście, na 100% przejdziemy...
- a ty się zamknij!!!
- z dziką chęcią. - warknęła granatowowłosa , wstała i poszła.
- Kr...- Lina szybko zerwała się, lecz Bayou potrzymał ją w miejscu
- nie pomagaj jej teraz, jeżeli nie chcesz zostać jej wrogiem do końca życia.

***

Kriss nawet nie myślała o słowach Liny.
Nie myślała o niczym.
Coraz częściej zdarzały jej się stany zadumy...
Nie wiadomo kiedy las się skończył i rozciągnęło się pole czerwonych niczym krew i białych niczym śnieg róż.
Wśród róż stała nimfa. Skrzydła miała na wpół rozłożone.
Prezentowała się bajecznie. Miała przez siebie luźno przewieszony jedwab. Miał on kolor czerwonych róż, tak samo jak jej usta i oczy. Kontrastowało to z bielą jej skóry i spływających aż na ziemie, i rozciągających wokół niej włosów, oraz bieli piór jej skrzydeł.
Kriss zatrzymała się. Jeszcze nigdy nie widziała czegoś równie pięknego i delikatnego.
Istotnie, nimfa ta była Piękna. "Piękna" przrz duże "P". Nie żadna sztuczna uroda, czy wyzywająca. Zwyczajne, naturalne piękno, olśniewające w swej prostocie.
- ...witaj... - przemówił ów cud [:DDDD do nieco przygaszonej Kriss.
- witaj. - odpowiedziała.
- ...twój czas... twoje przeznaczenie... - chociaż szeptała, jej głos przeciągał się aż po horyzont, brzmiał naprawdę tajemniczo. - ...rozwija płatki... - wyciągnęła zaciśniętą rękę w kierunku Kriss. Otworzyła ją. W środku był ścisnięty pąk róży, który po chwili rozwinął się, ukazując całe piękno i sytość szkarłatu jego korony - ...płatek... za płatkiem...
- chcesz coś przez to powiedzieć?- zapytała się, teraz już nieco oschle.
- ...lecz jeszcze nie czas..... nie mogę ci pomóc.... nie mogę ci zaszkodzić... czy masz do mnie jakieś pytanie...?
"Trudno nie mieć pytań po takiej przemowie"- westchnęła Kriss w myślach. Już miała zapytać o coś zupełnie innego, gdy ręka zatrzymała się na jednym z naszyjników wiszących jej na szyi. Spojrzała na diament.
- czy... wiesz może co zrobić by wrócić zaklętą duszę do ciała?
- ....owszem... - odpowiedziała nimfa po chwili przerwy i pewnego wahania, ledwie dosłyszalnego w jej głosie - ...lecz... wymaga to ogromnej ofiary... jednej lub drugiej strony....
- o jakich stronach mówisz?
- ...opowiedz mi konkretną historię człowieka... któremu chcesz przywrócić duszę...
Kriss opowiedziała wszystko w telegraficznym skrócie.
- .....tak....
Zadapła cisza.
- co "tak"?
- .....tak.... ogromna ofiara... jednej lub drugiej strony... by wrócić duszę twojej przyjaciółce... trzeba dodać jej cechy stworzenia które z natury posiada wielką moc... lecz wymaga to śmierci tego stworzenia...
- konkretniej.
- by... ciało tej kobiety mogło wytrzymać taki natłok mocy... musi przejąć cechy istoty, która zazwyczaj taką moc posiada... na przykład mazoku... lub złotego smoka... lecz to niezwykle by ją oszpeciło... istnieje jeszcze jedna możliwość... która jej na pewno nie oszpeci... a nawet doda mocy...
- o, no to na co jeszszce czekamy???- zapytała wesoło Kriss
- .....by... wrócić do ciała duszę twojej przyjaciółki... potrezebna jest ofiara... z... ...nimfy... powietrznej...
- hę??? to nimfy posiadają taką moc?
- ...tylko powietrzne... gatunek, który zamieszkuje wyłącznie te tereny...
Kriss zrozumiała, że by wrócić życie jej przyjaciółce potrzebna jest ofiara jednej z przedstawicielek nielicznego gatunku stworzycielek muzyki, sztuki i rytmu, a także najdelikatniejszych stworzeń, jakie miała okazję widzieć.
Nimfa także zamilkła.
- ...widzę... że zależy ci na twojej przyjaciółce....
- owszem.. byłą jedną z nielicznych osób które mnie rozumiały...
Nimfa położyła sobie rękę na sercu.
- .... jestem gotowa podarować swoje życie dla niej....

***

Bayou, żeby zabić czas oczekiwania na Kriss wstał.
- idę na polowanie.
- aleś walnął!! Myślisz że znajdziesz tu coś do upolowania???
- spróbuję.
Wstał i ruszył. Nagle uderzyła go po uszach przepiękna muzyka. Zapewne to była harfa. Zakradł się cicho i wyjrzał, starając się pozostać niezauważonym. Na drzewie siedziała nimfa z harfą, grając na niej. Przed nią, na ziemi, stał nikt inny jak Tanja, opierająca ręce na biodrach. Widać było że były w trakcie jakiejś rozmowy. Lecz nimfa miała spokojny wyraz twarzy, jakby skupiona była wyłącznie na harfie, a Tanja wpatrywała się w nią przenikliwie, nieco rozbawionym wzrokiem.
- myślisz że mnie przejrzałaś?
- ... obie wiemy jak jest... tylko się zastanawiam.... jak śmiałaś się tu pojawić...
- ha! jak JA śmiałam? To wszytko kiedyś było moje! I kiedyś to odzyskam...
- ...pewność zgubiła narody...- odparła nimfa, wczuwając się w muzykę, którą grała.- ...ale niewątpliwie to zaszczyt...
- oczywiście że zaszczyt! Lecz nie łódźcie sie, nie dla was... nie dla was to robię.
- ...nie zależy nam na twojej obecności... jesteśmy zaskoczone... tylko...
- MOJA wizyta jest dla was zaskoczeniem? tylko zaskoczeniem? powinna być SZOKIEM..
Nie usłyszała odpowiedzi, bowiem nimfa się tak wczuła w muzykę, którą grała, że nie potrafiła myśleć o niczym innym. Tanja jeszcze tylko uśmiechnęła się pod nosem. Po chwili sięgnęła po skrzypce leżące obok niej.
Zaczęła grać.
Ta muzyka, gdyby mogła, mogłaby zwalić z nóg Bayou a następie wprowadzić w stan błogiego uśpienia.
Była to piękna muzyka, zarazem smutna i wesoła. Potrafiła zarówno poruszyć jak i zburzyć góry.
Jednak.. Tanja grała jakoś tak...
...bez uczucia.
Oczy miała lekko przymróżone, wciąż wpatrujące się w nimfę. Na twarzy gościł jak zwykle uśmiech.
Nagle wprowadziął w utwór fałszywy akord, następnie drugi i następne, by przerwać muzykę bardzo gwałtownie.
- dość. Nie jestem tu by wygrywać koncerty. A wiem, że mam publiczność. - odwróciła głowę w kierunku drzewa, za którym stał Bayou.

***

Przenieśmy się w bardzo odległe miejsce, a mianowicie pałac Lightening.

Light, Alira i Dakkis siedziały przy stole i nic nie mówiły. Nawet lokaj wyczuwał gęstą atmoswerę i wolał unikać nastrojów dziewczyn.
I słusznie, bowiem Dakkis po chwili wstała i walnęła pięścią w i tak zdewastowany stół.
- TO CZEKANIE JEST CHOLERNE!!!!!!!!!!!!
- spokojnie, Dakk- westchnęła Lightening. - poczekaj jeszce...
- czekać? CZEKAĆ? światu w każdej chwili grozi zagłada!!! I to z ręki zarówno mojej siostry jak i Kriss!
Nagle do sali wparowała postać. Chwiej nym krokiem posówała się w kierunku dziewczyn podpierając się o ściany. Podłogę obficie zalała krwią. W końcu siadła ciężko na jakimś krześle.
- czar uzdrowienia... szybko..- jęknęła postać, przykładając sobie rękę do twarzy. Mimo to spod niej lały się strumienie krwi.
- ELITRANDIR!!! - pisnęła Alira.
Lightening szybko pobiegął do elfa, lecz gwałtownie zatrzymała się, i przyłożyła rękę do ust.
Na jego plecach tkwił wielki pentagram.
- nie zadawaj żadnych pytań... tylko lecz...- warknął, choć cieżko mu było mówić przez wciąż sączącą się krew.
Lightening bez słowa rzuciła czar. Po chwili krew przestała lecieć, lecz wciąż widniała niezwykle widoczna blizna.
- coś ty sobie zrobił??? Wspominałeś coś że chcesz zrobic sobie tatuaż, ale nie spodziewałam się, że jesteś aż tak feges szmeges...- westchneła Alira patrząc się z neismakiem na elfa
- TO NIE TATUAŻ!!!!!!- ryknął zdesperowany Elitrandir - TO..To.. tajemnica.
- tajemniczy się znalazł...
- cholera, daj se siana - warknęła Dakkis, nawet nie patrząc na Vala, wycinając na drewnianym stole jakieś grafitti, przyprawiajac o drgawki lokaja - mów, co się stało.
- komu jak komu, ale tobie powiedziałbym ostatniej. - warknął.
Dakkis chwilę zadrgała brew, po czym szybko zerwała się z krzesła i błyskawicznie wbiła nóż w krzesło Elithrandira, celowo o milimetr chybiając w jego przyrodzenie.
- ALBO MI POWIESZ TY POJEBANY ELFIE, ALBO ZROBIĘ CI Z JAJ PAPKĘ!!!!!!
Elitrandir odruchowo odchylił się do tyłu, ale zrobił to za mocno, tak że krzesło się przewróciło a on walnął głoą o marmur, z którego była zrobiona podłoga.
- ODWAL SIĘ ODE MNIE TY... TY... CZŁOWIEKU!
- spier... a pozatym jeżeli chciałeś bawić się w piratów nie musiałeś sobie wycinać szramy przez całą twarz. - warknęła Dakkis - a zresztą nie jesteś wart żeby się z tobą kłócić.
ELi wstał.
- zobaczymy, Dakki. Zobaczymy. - i z trzaskiem drzwi wyszedł.
- jełop. - podsumowała go Alira dopijając herbatę. - to co, wyskoczymy gdzieś na dzikie chłopy?

[GLEBA]

***

Kriss i nimfa znalazły się nad wodą. Nimfa nakazała dziewczynie zostać na brzegu, a sama zanurzyła się do pasa w wodzie.
- jesteś pewna, że chcesz to zrobić?- zapytała się cicho Kriss. Nimfa uśmiechnęła się.
- ...być obcym... a równocześnie... tak bliskim... przyjaźń jest piękna... - powiedziała cicho nimfa i spojrzała w niebo. - ...niebo.. jest tak blisko.. - przymknęła oczy. Równocześnie podniosła się nad taflą wody. Rozłożyła skrzydła. Wszystko nagle ucichło, tafla wody przypominała lustro a wiatr przystał w biegu.
Panowała cisza.

- ...nazywałam... ...się... ...Rosa...

Nagle wodan wzburzyła się. Chmury piany wzniosły się w powietrze i zaczęły krążyć wokół nimfy. Woda utworzyła pod nią ogromny wir. Mówiła coś cicho, lecz był to ledwie dosłyszalny szept. Jej włosy były smagane wiatrem, tak samo jak jedwab z którego była zrobiona jej szata. Unosił się czerwony pył i płatki róż. Nagle pyłu było coraz więcej i wiatr zaczął wiać w stronę Kriss. Pod nogi spadło jej kłębowiskopłatków. Z chwilą, gdy dotknęło ono ziemii wszystko ucichło. Tafla wody na powrót przypominaął lustro, a wiat ucichł w pół biegu. Rosa wisiała nad wodą, nie dotykajac jej tafli. W końcu i ona wpadła, rozbryzgując wodę naokół.
Kriss pochyliła się. Z kłębu płatków róż wyjęła pokaźną koronę tegoż kwiatu. Pachniała świeżo i intensywnie. Dziewczyna starannie ją zapakowała. Potem weszła do wody. Była ona krystalicznie czysta. Gdy sięgała już jej do pasa, spojrzała w dół. Leżała tam Rosa, z zamkniętymi oczami, jakby zmożył ja szybki i głęboki sen. Lecz była ona martwa. Jej skrzydła rozciągłąy się przez całą długość jeziora.

- ...śśśśśśśśśśmieeeeeeeeeerrrrćććć.... - usłyszała z jednej strony jeziora

- ...itoko...?...

- ....opuściła........

Nagle z dwuch stron lasu, nadleciały dwie nhimfy powietrzne, tnąc powietrze swoimi ogromnymi skrzydłami. W końcu przysiadły się na gałęziach.
- ...poświęciła się...
- ...jakie były jej ostatnie słowa...?
- "nazywałam się Rosa" - powiedziała Kriss wciąż wpatrując się w ciało nimfy.
- Rossssssa...niech to imię zapisze się w kartach histori...nieh trwa, jak ona trwała przez tysiąclecia..
- ...pośświęciła się dla przyjaźni... czegoś, czego nie zna..
- nie zna?- Kriss odwróciła się w stronę jednej z nimf.
- ...wszystkie... jesteśmy... jednością...nie przyjaźnimy się... jesteśmy... jednością... nie znamy nawet naszych imion... każda to itoko...
- bezsens. - mruknęła Kriss - w takim razie po co ona się poświęcała, skoro nawet nie wiedziała dla czego?
- ...chciała... by o niej... pamiętano...

***

Bayou jęknął. Czuł wyraźnie wzrok Tanji na sobie. Ten sam rozbawiony, choć nieco ironiczny wzrok. Wyszedł chwiejnie zza drzewa, powstrzymując się, żeby nie zemdleć.
- ...witaj śmietrelniku...- powiedziała nimfa.
- siema Bayou. - Tanja uśmiechnęła się po przyjacielsku. Bayou poczuł się lepiej - co cię sprowadza?
- a.. ten.. nic..
- to może wybierzemy się gdzieś, hm?
- no...z przyjemnością.
I poszli razem dróżką.
Nimfa odwróciła wzrok w ich kierunku. Oczy jej zabłysły smutkiem.
Tymczasem Bayou i Tanja szli i szli. Cały czas bez słowa. W końcu wzepnęli (czas przeszły czasownika dokonanego "wzpiąć") się na skałkę. Stamtąd rozciągał się widok na jezioro w którym spoczywała Rosa. Nie zauwazyli wciąż siedzącej przy brzegu Kriss.
- pięknie tu. - westchnęła Tanja
- tak. - odpowiedział on. - to jezioro przypomina twoje oczy..
Odwróciła głowę. On patrzał na nią.
- tak myślisz?
- owszem.
- dlaczego mi to mówisz?
Chłopak otrząsnął się i zmieszał.
- nie wiem.
- może dlatego...
Wzięła jego twarz w dłonie... i .. zaczęła całować...
Kriss odwróciła głowę i spojrzała na skałkę. Widok, który widziała ją zmroził.
- NIE NIEEEEEE !!! - krzykneła. Lecz Bayou jej nie dosłyszał.
Kriss szybko zerwała się zmiejsca. Coś mówiło jej że ten pocałunek ma w sobie tyle fałszywości, co plastikowe pieniądze w sklepach z zabawkami do zabawy w sprzedawcę. Wtem coś zagroziło jej drogę.
- gdzieś się spieszysz?
W czoło Kriss było wymierzone ostrze strazały.
- kur!!! zejdź mi z drogi!!! - ryknęła Kriss.
- czyżby było ci życie niemiłe. Jak nie tobie, to twoim przyjaciołom... - ostrze, do tej pory wymierzone w Kriss zwróciło się w kierunku skałki na której siedzieli chwilowo zajęci sobą Tanja i Bayou.
- ty chyba jesteś samobójcą! - warknęła Kriss.
- hej hej! jeżeli zawładniesz moim umysłem, i tak zdążę wypuścic strzałę, która trafi wprost w serce twojego kochanego kolegi.- postać wyszła z cienia. Był to Elitrandir, z blizną przecinającfą mu całą twarz.
- umyj się. - warknęła dziewczyna.
W tem elf błyskawicznie odwrócił łuk, puścił strzałę, która trafiła prosto w bok Kriss.
- to tylko ostrrzeżenie. - powiedział do osówajacej się na ziemię dziewczyny. - następnym razem zatłukę ciebie lub twoich kolegów. - i poszedł.
Dziewczyna kaszlnęła kilka razy krwią... i straciła przytomność.

***

- jak myslicie, ona nie żyje? może da się ją zjeść, to taki będzie z niej pożytek...
- LINA!!!!!!!
- sorry.
Do Kriss te głosy docierały jak przez ścianę. Wciąż widziała ciemność.
- Amelia! streszczaj się!! Jakieś małe te czary uzdrowienia!!!
- ależ panie Bayou! robię co mogę! dziewczyna była na progu śmierci!
- agh..- jęknęła cicho Kriss. Także jej głos wydawał jej się niedosłyszalny.
- mówi coś! - zaaferował się Gourry
- ta rana była bardzo ciężka...
- gdzie ja jestem..? co się ze mną działo..? - zapytała się cicho
- zostałaś prawie że smiertelnie zraniona. Niedawno cię znaleźliśmy.
- która godzina..? - powiedziała, przecierając oczy. Nadal nic nie widziała.
- wieczór. Zachodzi słońce.
- chce mi się spać.
Nasi bohaterowie położyli Kriss do namiotu.

Tymczasem przenieśmy się kilka kilometrów dalej.
- ...nie...zamierzam...cię ... już kryć... oni nie zasługują na taki los...
- zamilknij na wieki.

Wracamy do naszych bohaterów.
- słyszeliście ten krzyk? - powiedziała Amelia.
- tak.. trudno go było nie słyszeć..- odparła Lina.
- pobiegnijmy tam!
Szybko pobiegli w kierunku krzyku. Widok, jaki zoibaczyli zmroził ich: na ziemii leżała nimfa powietrza, z zakrwawionym srebrną krwią ciałem i skrzydłami. Poruszała bezgłośnie ustami. Bayou szybko podbioegł do niej i spróbował podnieść.
- przeżyjesz!! Czar uzdrownienia, Amelia, szybko!
- ...nie... mój czas już się... skończył...- powiedziała cicho i z trudem nimfa.
- kto to zrobił?
Nimfa z trudem poruszyła reką i wskazała akurat przychodzącą niewiadomo skąd Tanję.
- ...ona... - wciągnęła gwałtownie powietrze - ...Tanja... ...LON... .... elf... ma zabić... pani... zła... przeznaczenie... - jeszcze raz wciągnęła chrapliwie powietrze. - pragnę... by nazwano mnie Iris... - westchnęła cicho i wyziąnęła ducha razem z ostatnim chrapliwym wydechem.
- o co jej chodzi?- zapytała się Tanja rozkładając ramiona - mnie tu nawet nie było! Możeciem sprawdzić, w namiocie leży upolowane kilka zajęcy!
- wierzymy pani, ma pani jeszcze zakrwawiony miecz.- powiedziała Amelia.- widocznie to jej przedśmiertne majaczenie...
Nie rozwikławszy sprawy wszyscy wrócili do obozowiska, zlecając pochowanie Iris innym nimfom.
Nie zauważyli że zapadła już noc. Pełnia.
Zaczęli rozchodzić się do namiotów. Bayou mijając Tanję szepnął...

- w tej krainie nie ma zajęcy...

I spokojnie udał się do namiotu.

Tanja stała jeszcze chwilę. Po chwili uśmiechnęła się do siebie.
- owszem, nie ma. - i także udała się do swojego namiotu.

***

Noc stawała się coraz głębsza. Na niebie nie gościła ani jedna chmura.
Kriss leżała w swoim namiocie. (razem z Bayou postanowili że będą spać osobno ze względu na dogryzki Zelgadissa). Miała oczy otwarte, lecz nadal widziała jak przez mgłę.
"moje rodzeństwo moze umrzeć... Veneth.. także... Przezemnie umarła wiele niewinnych ludzi... Miyuki.. i kto wie kto jeszcze... ja sama jestem wcieleniem LON... Bayou kocha Tanję... przezmnie musiała umrzeć taka niewinna istpta jak nimfa powietrzna... całą to misję trzeba będzie zakończyć ze względu na dobro moich przyjaciół i.. rodziców..." - myślała. Nagle zerwała się z łóżka - KTÓRZY NAWET MNIE NIE PAMIĘTAJĄ!!!!- krzyknęła i wybiegła z namiotu. nie widziała dobrze, więc biegła na oślep. Chciała dobiec gdziekolwiek.. skończyc z tym wszystkim.. Nagle coś ją zatrzymało i powaliło na ziemię.
- puśc mnie, PUŚC MNIEEEE !!!!!!! - krzyknęła.
W objęciach trzymał ją Bayou.
- wiem co chcesz zrobić. Nie rozumiesz kim jesteś??? Możesz stac się panią koszmarów i zniszczyć nas wszystkich!!!
- TAK!!! CHCĘ TEGO!!! CHCĘ ZNISZCZYĆ WSZYSTKO I MIEĆ Z TYM WSZYSTKIM SPOKÓJ!!!
- KRISS! nie rób tego!!! Co z Venethem, co z twoim rodzeństwem, co z rodzicami??? Chcesz ich opuścic!!!
- ONI UMRĄ!!! A RODZICE NIGDY SOBIE MNIE NIE PRZYPOMNĄ!!! NIEEE!!!! - walnęła rękami o ziemię. Coś zaczęło się dziać w przyrodzie. Bayou to zauważył.
- Kriss.. proszę.. możesz sprawić że wszytko będzie jak dawniej... a pozatym... masz mnie, swojego przyjaciela.. ja cię zawsze będę rozumiał...
- ty.. ty też umrzesz... Tanja cię usidliła.. odejdziesz ode mnie.. - szepnęła i uspokoiła się. Z jej oczu zaczęły płynąć łzy. Uderzyła jeszcze raz pięściami o ziemię. - wszyscy mnie opuszczą.. nie chcę tak żyć..
- mylisz się. - pogładził ją po włosach. - są ludzie, którym ci na tobie zależy.
- dzieki Bayou.- przycisnęła sobie jego dłoń do twarzy - naprawdę dzieki.


Przenosimy się do pałacu Lightening.

- Dakkis. Negatywna energia naprawdę wzrosła.. jedź!! szybko!!! Drogę masz utorowaną!!! - powiedziała Lightening
Dakkis bez słowa wstała od stołu, przebiegła szeregi korytarzy i wybiegła na dwór. Wsiadła na swoją klacz i popędziła.

Wracamy do naszych bohaterów.

Kriss i Bayou siedzieli na jakimś zwalonym pniu drzewa.
- koniec z Tanją. Wiem, ze ona jest..
- jaka?
- ..inna. Nie jest człowiekiem. Tak mi się wydaję. Czuję, że znowu się zawiodę. A tego nie przezyję. Dlatego mam do ciebie prośbę, Kriss.
- tak?
- proszę, usuń mi z pamięci wspomnienie o mojej kochanej. Pozwoli mi to o niej zapomnieć i prowadzić normalne życie.
- jesteś tego pewien?- Kriss była zaskoczona prośbą przyjaciela.
- tak. Nie chcę znowu przeżywać tego bólu.
- niech ci będzie. Zostawić ci jakieś konkretne wspomnienia?
- chcę, żebym wiedział, że ktoś mnie kiedyś naprawdę kochał, i ja kogoś kochałem.
- dobrze. Jesteś gotowy?
- tak. - Zamknął oczy.
Kriss przyłożyła dwa palce do jego czoła. Dwoma palcami drugiej ręki dotknęła swojego.
- przygotuj się. - mruknęła.
- ok.
Nagle stracił przytomność.
- jak się obudzi nie będzie niczego pamiętał o swojej ukochanej. - powiedizła Kriss.

***

Nastał ranek. Bayou leżał spokojnie w swoim łózku. Kriss obudziła się nieco wcześniej i wyszła pooddychać rześkim powietrzem ranka. Był wyjątkowo piękny ranek, słońce wyglądające zza horyzontu było jasne. Dziewczyna przysiadła na pniu, na którym w nocy siedziała z Bayou. Przymknęła oczy i wciągnęła powietrze, gdy...
- co, pooddychać sie przyszło? - przed Kriss stała Tanja. Uśmiechnęła się charakterystycznie. - mogę się przysiąść?
- a siadaj se.- mruknęła Kriss wpatrując się w przesrzeń przed sobą i żując źdźbło trawy.
- gdzie nasz brunet? - powiedziała także przymykając oczy i oddychajac powietrzem ranka.
- śpi pewnie. - odparła dziecwczyna zasorbowana żuciem tegoż źdźbła.
- słyszłam jak wstał w nocy z namiotu. - powiedziała Tanja - a zresztą, nie o tym przyszłam rozmawiać. Ona mnie prawdę mówiąc nie interesuje.
- nie widać. Po tym namiętnym pocałunku co mu zaserwowałaś. - powiedziała bezuczuciowo Kriss. Tanja była spokojna. Odwróciła głowę i spojrzała na Kriss, przymróżajac charakterystycznie oczy. Na jej twarzy wciąż tkwił ten sam uśmiech.
- a więc widziałaś to? - uśmeichnęła się jeszcze bardziej charakterystycznie. - brawo, byłas świadkiem mojego pierwszego pocałunku z śmiertelnikiem. Trzeba przyznać że warto było, chociaż dla tego przybrać ludzką postać... lecz nie dla niego ją przybrałam, lecz dla bardziej wielkiego celu...
- hę?- tym razem Kriss zainteresowała się słowami Tanji - co chcesz przez to powiedzieć?
- Kriss. Musisz się wreszcie zdecydować, co wybierzesz. Właściwie nie ma tu co decydować. Prędzej czy później zostaniesz Kriss Panią Zła, to tylko kwestia czasu. Jak chcesz, mogę ci pomóc w podjęciu decyzji. Podaj mi rękę, Kriss... - Tanja wyciągnęła w kierunku nieco zaskoczonej dziewczyny rękę.

- zostaw ją. - na karym koniu, w płaszcu z lisich skór, przed Tanją i Kriss stała nikt inny jak Dakkis. Jak zwykle wyniosła i majestatyczna...

- CHOLERA!!! -krzyknęła Kriss. Spojrzała na Tanję i na Dakkis - JUŻ WIEM CO MI PRZYPOMINAŁY TE OCZY I TE RYSY TWARZY!!!
- dopiero się kapnęłaś? - zapytała się kpiąco Tanja.
Owszem, Tanja i Dakkis wyglądały jak bliźniaczki, wyłączając kolor włosów i niektóre cechy ukształtowania twarzy. Jednak oczy były identyczne. Chociaż, u Tanji brakowało im jednej rzeczy, jaką posiadały oczy Dakkis.. niedostrzegalnego i nienazwanego szczegółu...
- rzeczywiście, podobieństwo uderzające. - powiedziała Dakkis. - kim jesteś, i po co przybrałaś moją postać? Podejrzewam że nie dla hecy..
- przybyłam zrekrutować moją następczynię... - powiedziała jak zwykle kpiąco Tanja.
- następczynię???- Kriss oniemiała. Te wszystkie charakterystyczne uśmiechy, wzrok, zachowanie... "czy wąż nie może być aniołem..." - ...przeciez ty jesteś...
Tanja uniosła się w powietrze. Zawiał silny wiatr.
- przybrałam postać żebraczki, i cały czas was śledziłam. Pomogłam wam po to, by być przy tobie, Kriss. Przybrałam postać Dakkis, by rozkochać w sobie Bayou.. i tym samym oddalić go od ciebie... po cichu siałam chaos w twojej głowie... a moje imię brzmi...

... LON, pani koszmarów...

Tanja nagle zmieniła postać. Ukazała się nieziemsko piękna kobieta o hebenowo czarnych lokowanych włosach i czarnych niczym najczarniejsza noc oczach.
- to moja oficjalna postać... lecz mogę być każdym.. teraz was zostawiam, skoro mnie nakryliscie.. do zobaczenia w mojej kwaterze, Kriss... prędzej czy później... i pozdrów Bayou.. AH-HAHAHAHAHAHAHAHA!!!!! - nagle, jej ciało zamieniło się w dym, który został rozwiany przez wiatr.
Po chwili wszystko ucichło.

Rozdział 6.6.2.

- Bayou? o jakim Bayou mowa?- zapytała się Dakkis
- chyba ciebie powinnam się zapytać. - odparła Kriss - jesteś podobna do Tanji jak dwie krople wody..
- ale.. nie mówicie o .. Bayou Seibetsu?
- taak.. właśnie o tym. - Kriss spojrzała się beznamiętnie w przestzreń.
Oczy Dakkis rozszerzyły się, a źrenice zwężyły. Poruszyła bezgłosnie ustami.
Nagle z namiotu wyszedł nikt inny jak... Bayou.
- UAAAH! piękny dzień się zapowiada ^^ Kiedy śniadanie?
- Ba.. Ba.. - Dakkis wlepiła nieprzytomny wzrok - BAYOU!!!!!!!!!!! - zeskoczyła błyskawicznie z konia i zaczęła biec. - to naprawdę ty??? TO NAPRAWDĘ TY???? - Rzuciła mu się na szyję. Z jej oczu zaczęły płynąć łzy. - MYŚLAŁAM ŻE NIE ŻYJESZ!!! ŻE CIĘ STRACIŁAM NA ZAWSZE... CO ZA POTWORNY BÓL... MIMO UPŁYWU DWÓCH LAT RANY NADAL ŚWIEŻE... - wtulała się w Bayou coraz bardziej. Lecz on wyglądał na zaskoczonego.
- Kriss... co to za kobieta?
- co..? - Dakkis spojrzała mu w oczy. Wyglądał na szczerze zaskoczonego - nie pamiętasz mnie..?
- no, nie przypominam sobie pani...
- nie.. nie.. to niemożliwe... NIE MOGŁEŚ MNIE TAK POM PROSTU ZAPOMNIEĆ!!!
- przykro mi, ale..
- NIE!! PO TYLE, CO RAZEM PRZESZLIŚMY!! PO TYLU SŁOWACH KTÓRE MI POWIEDZIAŁEŚ!! PO PRZYSIĘGACH.. NIE!! nie... - Dakkis osunęła się na ziemię wciąż płacząc.
Kriss wpatrywała się w to z szeroko otwartymi oczami. Po chwili także osunęła się na kolana.
- co..ja..zrobiłam..
- Kriss, mogłabyś mi coś wytłumaczyć??? - zapytał się Bayou już zdesperowany
- raczej powinnam coś wytłumaczyć jej..- jęknęła ona. Podeszła do Dakkis i wyprowadziła na stronę.
- słuchaj...
- tak?
- co cię łączyło z Bayou?
- kiedyś.. byliśmy..- starała sie nie płakać - bardzo.. bardzo blisko...
- muszę ci coś wytłumaczyć.
Kriss opowiedziała Dakkis cały fanfik od początku, kończąc na chwili teraźniejszej.
- czyli.. czyli on mnie nie pamięta... - westchneła Dakkis. Otrzepała się, chcąc zachawoać godność. Wyszła naprzeciw bruneta.
Zawiał wiatr.
- przepraszam za moje zachowanie.- powiedziała beznamiętnie. - to nie moja wina. To wina kogoś, kto posiadał te ciało, i którego kochałam. Ty nie jesteś tym samym Bayou. Zostałam zbyt mocno ukarana, jak za moje przewinienie...
Zapadła cisza. Dakkis wpatrywała się w jego oczy.
- twoje głębokie oczy... na zawsze pozostaną w mojej pamięci.
- ŻREEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEĆ !! - nagle z namiotu wytoczyła się Lina.

[GLEBA]

- hę? co to za jedna?- Lina wskazała na Dakkis - albo ktoś nowy, albo mam zwidy, haluny z głodu.. hę? to gdzie te żarcie? upolował coś ktoś kiedyś coś??? nie rozumeicie ża jestem głodsna? jaka ja chuda będę!! Ludzie powiedzą że mam anoreksję!!! To nie przystoi takiej pięności jak ja, o nienagannej figurze kształtach, normalnia sodoma i gomora feges szmeges fium bzium bzdryńg ŻREEEEEEEEEEEEĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆ!

[PSTRYK] - Kriss pstryknęła palcami tak że Lina zapadła w sen.

- pośpij sobie. A wy kontynuujcie.
- tu nie ma co kontynuować. - westchnęła Dakkis. - nie powinnam już mieć złudzeń.
- yy.. to może ja się przedstawię..- zaproponował brunet __-__ - Maj nejm is Beju Seibetsu^^
- on zawsze był taki głupi?- upewniła się Kriss
Dakkis w konwulsjach poszła się położyć.
- Ba...you..- zaczęła nieśmiało Kriss
- co?
- JAJECZKO DROGĄ SZŁO !!! - warknęła i poszła. Wiedziała że czar był na tyle silny, że nie da się go cofnąć. A uświadamianie go i tak nic nie da. Zresztą istnieje możliwość że przy nadmiarze wspomnień chłopaczkowi trochę odbije.. Kriss prztyknęła palcami budząc Linę.
- hę? co się stało? - Lina otowrzyła oczy - nie wiecie jaki ja miałam piękny sen... śniło mi się... JEDZENIE...
- a czy tobie kiedykolwiek śniło się cokolwiek oprucz jedzenia i seksu? - westchnął Zelgadiss.
- odstosunkuj się, mutancie.

Mały skrót, bo nie chce mi się pisać: wszyscy się zebrali, spakowali, Dakkis wzięła tabletki na ból głowy i pojechała razem z nimi. Nimfy łaskawie udzieliły pozwolenia na ich wyjazd z krainy (taa, pewnie chciały się ich pozbyć, tyle szkód narobili [:DDD) (a tak apropos - nimfy powietrzne są dziwnymi stworzeniami, kiedyś na ich temat bardziej się rozpisze.. teraz na to nie mam miejsca, ten fanfic i tak jest wystarczająco długi).

- ....żegnajcieeeee... - naszych bohaterów pożegnał ten mrozący krew w żyłach szept. Wyszli sobie gdzieś na w miarę normalną łączkę, tyle że posiadajacą niebieską trawę from Czarnobyl __-__ ( no so! w końcu są na dziwnych terenach, to przyroda też dziwna. JAKI BEZSENS!!!!!!). Tak więc se szli przez niebieską trawkę po eee zielonej dróżce ( geez co za skrzywienie psychiki) i za inicjatywą (czyt. szantażem) Liny postanowili zrobić sobie piknik. Tak więc ci co chcieli żreć to żarli , co co spać, to spali, a ci co nudzili się poleźli w cztery strony świata. Jedną z tych osób była Kriss która z rozpędu zawędrowała w wysoką trawę, dość daleko od obozowiska. Oczywiście, znając szczęście dziewczyny, i kultując motto "co się polepszy to się popieprzy", poczuła z tyłu ukłucie grotu strzały.
- teraz zginiesz, szmato... - usłyszała warokot z tyłu. Był to Elitrandir.
Za chwilę słychać było przeładowanie broni i Elitrandir poczuł chłód stali z tyłu głowy.
- poruszysz się, to we łbie będziesz miał dziurę większą niż ozonowa. - Elitrandir usłyszał głos Dakkis, przystawiającą mu wielką lufę Shoguna do głowy, zaopatrzona oprucz tego w M-16. (skąd ona wzięła taki arsenał??? a to ja nawet sama nie wiem)
- Dakkis.. odpierdol się z łaski swojej... - warknął elf. - mam robotę, nie dla małych dzieci...

*PRZYJEB!!!!* - Dakkis beztrosko wystrzeliła, robiąc z głowy elfa niezbyt sympatyczną papkę.

- a fuuu!!! pobrudziłaś mi spodnie...- skrzywiła się Kriss - a pozatym.. zabiłaś go!!!
- e tam. Wszystko wiem. Ma układy z LON. I drugi stopień nieśmietrelności. Zobacz. - Dakkis odrzuciła Shoguna i wzięła do ręki M-16. Usmiechnęła się sadystycznie.

*JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB* - pruła z M-16, równo, aż ze zwłok Elitrandira nie było nawet co zbierać.

- wstawaj dupku, i tak wszyscy wiedzą, że ściemniasz. - warknęła Dakkis.
Krwawa paciaja zebrała się w całość, i po chwili przed naszymi bohaterami stanął cały, tyle że purpurowy ze wściekłości elf.
- ty cholerna porąbana ściero..! - wydyszało monstrum
- nie produkuj się, i tak się ciebie nie boję. Wiem jak można cię zabić na dobre. - powiedziała beznamiętnie, zdmuchując dymek z rufy karabinu.
- niby.. niby.. jak??? - Elitrandirowi zaczęły oczy wyłazić z orbit
- trzeba ci coś wyrwać... a dokładniej... to...- wskazała lufa karabinu na krocze elfa.
- MWAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHHAHAHAHAHAHHAHAHAHAHAHA!!!!!! - Kriss, po raz pierwszy od wielu tygodni wybuchła niepohamowanym śmiechem i padła na podłogę tarzając się.
- TO NIE JEST ŚMIESZNE!!! - ryknął Elitrandir bardziej czerwony ze wstydu niż ze złości. Dakkis patrzyła się na niego z politowaniem podparwszy sie o karabin oparty o ziemię.
- jesteś żałosny... - westchnęła - pomyśleć że jestem z tobą spokrewniona..
- ja chociaż chcę coś w życiu osiągnąć, nie to co ty... żyć wspomnieniami po rodzicach, których prawie nie znałaś... ja chcę wiedzieć, że zyję.. nie pozwolić, by życie przemknęło obok mnie, aż w końcu zorientuję się że mam kilka tysiecy lat i zapytam się "co się stało z moim życiem"? - powiedział nieco spokojniej.
Zapadła cisza.
Zawiał wiatr.
- mylisz się. - przemówiła w końcu Dakkis - ty wciąż chcesz udowodnić jak to ty potrafiszła łamać zasady.. wpierw Valgaav.. teraz LON.. ambitny jesteś, lecz nim się spostrzeżesz obruci się to przeciwko tobie. A ja? A może ja chcę żyć wspomnieniami?
Na powród zapadła cisza.
- aaaj, ty głupia dziwko. - Eli odwrócił się i chciał już sobie iść.

*PIERDUT* - kulka z shoguna ponownie wylądowała w jego głowie.

- AŁAAAAAA!!!!! - Val zrobił efektownego zeza, przyglądając się pustce między oczami. Kriss zaglądnęła przed nia i pomachała do jeszcze trzymającej karabin Dakkis. Ta odmachała.
- dziwne, czemu nie mdlejesz jak nimfy? - zapytała się Dakkis oipuszczając dłoń - te zawsze mdleją, dopiero po kilku minutach wstają..
- w układy nie wchodzi się bezinteresownie.. i bez przemyślenia Dakkis... wiesz coś o tym, prawda? - uśmiechnął się wyjątkowo złośliwie. Dakki zrobiła dziwną minę i opuściłą głowę - tak, nie mylę się, wiesz o tym dobrze.
- cholera!!! ZAMKNIJ SIĘ!!! - ryknęła.
- SAMA SIĘ ZAMKNIJ!!
- KORNISZON!!!
- IDIOTKA!!!
- PRZYDUPAS!!!
- BACHOR!!!
- FIUT FIUT FIUT!!!
Elitrandir nie mógl znieść takiej obrazy, przeklnął soczyście i znikł.
- co za...- i wymieniła wiele barwnych określeń
- to twój krewny? - zapytała się Kriss
- niestety. - zrobiła minę jakby miała przeklnąć, ale powstrzymała się - brat mojego ojca.
- acha. Fajnych masz krewnych.
- cicho. - odwróciła się i poszła gdzieśtam.
Kriss postała jeszcze chwilę.

****

Nasi bohaterowie, gdy już się nażarli i wyspali, wyruszyli dalszą drogę. Nagle... zaczął padać śnieg.
- QR!!! ŚNIEG O TEJ PORZE ROKU!!! CO ZA ANOMALIE POGODOWE!! AUTORCE MUSIAŁO NIEŹLE ODWALIĆ! - zaczęła drzeć się Lina.
- śnieg? ja żadnego śniegu nie widzę.. - Kriss rozglądnęła się z zainteresowaniem.
- jaki piękny... jaki piękny śnieg..- wzruszyła się Amelia. Była już do połowy przysypana śniegiem, który mienił się w słońcu. Całą okolicę już pokrywał śnieg.
- ale...! tu śniegu nie ma!!! - jęknęła Kriss
- co ty, ślepa? - warknęła Dakkis - przecież tu snieżkami można rzucać..
Nagle nasi bohaterowie zorientoiwali się, że..
- DUSZE SIĘ!! ŚNiEG.. ŚNIEG MNIE PRZYSYPAŁ...
- KHE.. KHE..
- MNIE.. TEŻ..
Kriss z rozpaczą przyglądała się wijącym w konwulsjach przyjaciołom. Nagle uświadomiła sobie, że..
- NIE! NIE WIERZCIE W TO!!!! CZEKAJCIE.. - pstryknęła palcami i wszycy pozasypiali. Po chwili wydarła się na całą parę:
- PORĄBAŁO???????????? NIEWINNYCH LUDZI CHCECIE ZABIĆ????
- pierdol się!!! - coś odpowiedziało jej w myślach - to nasz teren i robimy co chcemy.
- może byś się tak pokazała, zamiast bawić się w pana tajemnicę?
- niech ci będzie.
Przed Kriss i chwilowo uśpionymi bohaterwami ukazała się młoda dziewczyna z kruciutkimi czarnymi włosami, brązowymi oczami, nieco zdewastowanymi amuletami Ousymu. Ubrana była w jakieś łachy. W gębie tkwił jej papieros.
Po chwili obok niej zmaterializowała się niewinnie wyglądająca dziewczynka, po prostu aniołeczek taki, z blond włosami związanimi w koński ogon i zielonymi oczami. mała także amulety Ousymu. Ubrana była typowo po "kapłańsku".
- czego, kurwa, chcecie? - zachrypiało babsko z papierosem.
- włamałyscie im się do umysłów, sprawiłyście że uwierzyli że duszą się śniegiem. Fajnie. I co dalej? Mnie uczono że Ousymu to subtelna magia słóżąca jedynie samoobronie i czynieniu dobra..- warknęła Kriss.
- to się, kurwa, źle uczyłaś!!! - zachrypiała ta z papierosem.
- Helgen! Jak ty się odzywasz do tej pani - skarcił ją aniołek. Po chwili odwróciła się i uśmiechnęła do Kriss - dzieńdoby pani, nazywam isę Ie Xi ( wymawia się "ii - xi" nie, nie proszek do prania IXI- dobra jakość dobra cena =='), a to jest Helgen Ferm, jesteśmy strazniczkami naszej krainy Przepraszamy za kłopot. Oni by na pewno zasnęli, a my byśmy przetransportowały ich w bezpiecne miejsce. To są zabezpieczenia przed obcymi . Pani także jest czarodziejką Ousymu?
- taaa..- odburknęła Kriss
- to nic, kurwa, dziwnego ze do umysłu tej szmaty nie mogłysmy się wpierdolić !!! - zachrypiała Helgen
- i przepraszam za zachowanie mojej koleżanki, ona jest.. wie pani.. nieco wybuchowa. - wyjaśniła Ie.
- delikatnie mówiąc. - syknęła Kriss - a języka to się chyba w chlewie uczyła.
Helgen pokazała jej środkowe palce obu rąk.
- Helgen, zachowuj się! - Ie się zbulwersowała.
- właśnie. - amulety Kriss zabłysły. Po chwili Helgen złapała się za głowę i osunęła na ziemię.
- ojej!! Przeciez ona jest jedną z najsilniekszych osób w naszej krainie ! - przestraszyła się Ie Xi.
Kriss wzruszyła ramionami.
- dupa.
- dobrze. To może w takim razie pani pobudzi swoich znajomych i uda się za mną? Podejrzewam że taka silna osoba jak pani udała się do naszej krainy w konkretnym celu.
- taa..
- w takim razie zapraszam do Naab - Xeeqen



Okej. Koniec tej części. Czym okaże się kraina Naab - Xeeqen? Co skrywa Dakkis? Co naprawdę rozłączyło ją i Bayou? Co słychać u Saovi? Czy LON osiągnie swój cel, i Kriss stanie się geniuszem zła? O tym w kolejnych częsciach!!!

C.D.N.

Czy was też to nudzi?


   
 
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść publikowanych tutaj prac. "
   
   
  Kopiowanie materiałów ze strony bez wiedzy i zgody autorów zabronione!
Strona http://slayers.wszechbiblia.net jest częścią portalu Wszechbiblia.NET
© 2000 - 2010 Wszechbiblia Slayers & Wszechbiblia.NET

Strona wygenerowana w: 0.15441800 1276783815
Slayers Copyright (c) 1989- 2010 Hajime Kanzaka / Rui Araizumi /
Kadokawa Shoten / TV TOKYO / SOFTX / Marubeni
 

Valid XHTML 1.0 Strict    Valid CSS!