Wszechbiblia Slayers

Księga gości  Księga gości Lista dyskusyjna  Lista dyskusyjna Forum  Forum
Redakcja  
News  
Artykuły  
Konkursy
Intro
Manga
Anime
Powieści
Postacie
Magia
Opis świata
Chronologia
Slayers Fight
Gdzie kupić
Seiyuu
Fanfiki
Fanarty
Fanmanga
Audio
Galeria
Cosplay
Dodatki
Inne
Gry
Linki

Fanfiki

   «««                  
     
   
Informacje
 
 
Autor:
Tytuł:
princess_Amelia
I nastal Chaos 7
rozdział #06
 
Treść fanfika..
JOŁ! Witam w kolejnej księdze!

KSIĘGA NAMBER S(E)X

rozdział 7.6.1

- żesz kuuuur.. - jęknął Veneth. Bolał go każdy szczegół jego seksownego ciałka, a najbardziej tajemnicza blizna na ramieniu, w tym momencie lekko poczerwieniała.
Chłopak dopiero co sie ocknął po tamtej próbie.
- ajjj.. wspominali coś że będę miał mało czasu na zdanie ostatniej próby... ale jaki kawał do przebycia... - był bliski wyrwania swoich hebanmowych włosów z głowy, gdyby nie poczuł kopnięcia.
- I - HA HA HA HA! - zarżał Porshe, najwyraźniej w świecie rozbawiony bulwersacją właściciela.
- KTO POZWOLIŁ CI MNIE BIĆ, KOBYŁO JEDNA???- zawył Veneth zrywając się z ziemii.
Wyraz pyska konia wyraził uczucia, jakie żywił do Venetha (no wiecie, ta mina, gdy koń zadziera górną wargę do góry [:DDDDDDDDDD)
- a wiecz co ja na to? FUCK YOU! - Veneth pokazał dwa fakacze
- PPPFFFFFFF - parsknął koń ochlapuyjąc go smarkami [:DDD
- jeżeli myślisz, chabeto, ze to było smieszne, to..

- to było śmieszne. - usłyszał gruby głos za sobą. Lecz nie należał od do mężczyzny.
Odwrócił się.
Za nim stała oszałamiająca laska, z długimi, złotymi włosami, złotymi oczami, ubrana cała na biało, oraz obwieszona różnymi złotymi ozdobami. Chociaż niewysoka, wszystko miała na swoim miejscu.
Chociaż bardzo piękna, urodę miała bardzo złośliwą i przebiegłą. Jej uśmiech nie wzbudzał zaufania, a oczy były nieco lisie.
Mimo to, pod naszym Venciem się nóżki ugjęły ^^
- kim jesteś?
- nazywają mnie Eexel, ale to mało istotne. Przywiozłam ci pewien amulet.. o ile wiem, ramię bardzo dokucza. - powiedziała wskazując podbródkiem na tatuaż Venetha.
- no.. ale.. jesteś znajomą Chazza?
- tak jakby jego siostry. - wyjasniła.
- nie wspominaj mi o tej.. bueh.. - Venethowi przypomniała się Brett. Brett miała krótko ścięte czarne włosy, wysoka, o patykowatej budowie. Jej malutkie oczka były ślepo zapatrzone w Venetha. Veneth starał się jej unikać jak ognia, już nie ze względu że łaziła za nim krok w krok, ale raczej tym, ze była ordynarna i brudna jak mało kto, a na dodatek wygrała go w chińczyka od brata ^^
-nie lubisz Brett? - zapytała się Eexel
- szczerze?
- mhm.
- nie.
- acha. W każdym razie łap. - rzuciła mu małym zawiniątkiem. - gdy założysz ten naszyjnik na szyję, tatuaż nie będzie bolał.
Veneth odpakował. W środku był czerwony (!) wisiorek w kształcie serduszka (!!), aniołków (!!!) i napisu "forever love" (_0_). Już Veneth miał założyć go na szyję, gdy..

*BUH*

Nagle... zamiast przepięknej blondynki stał śnieżnobiały jednorożec o złotej grzywie i perłowym rogu.
- o ja pieeeer...- jęknął jednorożec i tupnął. - CI SIĘ GAPISZ??? ZAKŁADAJ TEN NASZYJNIK, MŁOCIE!
- hę? - Veneth był zbyt wybity z wątku by go teraz zakładać. Rzucił go na ziemię.
Nagle, zza jakiegoś krzaka, wybiegła krótkowłosa szatynka, gęsto i soczyście bluzgając.
- i cały plan (tu wystąpiło mnąstwo bluzgów, których nie chce mi się wypisywać) wziął w łeb!!!
- tak tak, jeszcze dyskretniej, to na pewno nas nikt nie usłyszy. - warknął jednorożec.
- a co tu kurwa kryć! Z chwilą gdy Veneth żałoży ten naszyjnik, zakocha się we mnie bez pamięci!!! a teraz.. BUHUUUUHUUUUUUHU kurwa HUUUUHUUUUUUUUU - Brett wybuchnęła płaczem.
- I - HA HA HA HA! - Porshe najwyraźniej był zainteresowany nowym przedstawicielem gatunku. Podszedł do jednorożca i zaczął go obwąchiwać.
- gdzie mi tu!!! SPADAJ KONIU! - ryknął jednorożec
- I - HA HA HA HA! - Porshe najwyraźniej nie miał zamiaru znikat spaść, i kontynuował zaloty.

* SSRUUUUUUU* - jodnorożyca tak przypiepszya biednemu Porshe z tylnej nogi, że ten aż się zatoczył i przestraszony podbiegł za Vena.

Owszem. Eexel (jasne, nikt się nie domyślił że Eexel jest jednorożcem =='), jako jednorożec prezentowała się imponująco. Była wyższa niż inne konie i wyposażona w niezwykle silne nogi. Widać, że mogłaby pokonać kilometry bez cienia zmęczenia.
Nagle, ni z gruchy ni z pietruchy Veneth wybuchnął takim śmiechem, że omało się nie posikał.
- BUAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHA!!!!!!!!!!!!
- z czego rżysz. - parsknęła Eexel
- TWÓJ GŁOS BUAHAHAHAHAAHTWOJA POSTURA BUAHAHAHAHA TY BIERZESZ BUAHAHAHAHAHAH ANAABOOOLIIKIIII!!!!!! BUAHAHAHAHAHAHAAHAHA
- hę! jak śmiesz ty...- zbulwersowała sie Eexel
- BUAAAAAAAAAHAAAAAAAHAAAAAAAAAAAAA JEDNOROŻEC NA PROOOOOOOCHAAAACH BUAHAHAHAHAHAA!!!
- phe! co ty, kurwa, wiesz o świecie?- zarechotała nagle Brett nagle trzeźwiejąc ze spazmów rozpaczy. - wiesz ile wygrywam dzięki niej na zawodach?
- ghihihi..- podniósł się z ziemii - o ile wiem jednorożce nie są dopuszczone do zawodów. Są za wolne. Za delikatne. - zaakcentował słowo delikatne. - już mniejsza o to czym ją faszerujesz, ale róg raczej rzuca się w oczy. Ma pół metra. ghihihi...
- ale to specjalny róg, kurwa ==' Nie widziesz jego perlistej barwy? Wali się ściemę, że to ozdoba i zjeb dla organizatorów! - powiedziała Brett
- BUAHAHA! Jesteś porąbana!
- phe! - Brett rzuciła mu zawiniątkem pod nogi - [bluzg] nie jesteś wart, bym wysłuchiwała twoich gadek! - szybkim ruchem wskoczyłana grzbiet Eexel
- delikatniej..- warknęła.
- zraniłeś mnie...! - zachlipała Brett
- jak mi przykro. - westchnął Veneth w tym momencie zadęty strzepywaniem paproszków z butów.
- jedziemy! - Brett uderzyła piętami w boki Eexel.
Jednorożec stanął dęba ze złości.
- jeszcze sie spotkamy, przystojniaczku... choćby to było ostatnie co mam zrobić na tym świecie.- powiedziała cicho Eexel
- I - HA HA HA HA! - zarżał Porshe
- nie do ciebie mówiłam, chabeto! - warknęła. Jeszcze raz stanęła dęba i popędziła z niewiarygodną szybkością, w dal.
- nadają się do siebie. Dwa cosmodiski. Aaach. - Veneth siadł na trawie. Wziął do ręki zawiniątko, które rzuciła mu Brett. Był w nim skromny medalik z symbolem jakby lamparciej plamki, taki sam jak tatuaż na ramieniu Venetha. - mam nadzieję że nie zakocham się po tym w jakimś lamparcie ==' - włożył medalik na szyję. Nagle, blizna przestała boleć, a on poszuł błogie ukojenie. Położył się na trawie, spoglądając w błękitne niebo.
- chciałbym, by była tu ze mną Kriss.

***

- nogi mnie bolą. - jęknęła Sunny, nagle, tak jak stała, siadła na ziemii, najwyraźniej nie mając najmniejszego zamiaru się ruszać.
- co ty odwalasz? - zapytała się Deexis. - Nie ma żartów, czas mija!
- mam cię w dupie. - Sunny położyła się na ziemii.
Deexis lekko zadrgała brew, lecz opanowała się.
- dobrze. zrobimy postój. Lecz ja pójdę czegoś poszukać.

Przenosimy się daleko. Niezwykle daleko. Właściwie to skąd mam wiedzieć czy to daleko, skoro nikt nie wie, gdzie to jest? a moze to blisko? A może tuż za warzywniakiem na rogu? A moze w jedym z ciemnych, tajemniczych zakamarków gabnetu mojego dyrektora? A moze to w szufladzie, w której nie sprzątałam od paru lat?
Ech.. przenosimy się do siedziby LON.

LON najwyraźniej uznała, że najwyższy czas odwiedzić soją następczynię. Ściana wolno otworzyła się ukazując bijący jasnym blaskiem pokój, jednak zewsząd pokryty jakąś zielonkawym pleśnioglutem, rozciągajacym się ze wszystkich stron, ze wszystkich ścian, cały uchodzący do Kriss. Jakby żył, i pulsował w rytm serca przyszłej Pani Zła. Ona sama była zawieszona w tym plugastwie, które wnikało w jej ciało. Jej oczy były mocno zaciśnięte, a usta lekko otworzone, wykrzywione w smutku. Tak jakby sniła sen, w którym cierpi.
- witaj. - przemówiła LON. Jej głos odbił się głośnym echem. Przybrala postać pulsującej czarnej kuli, która przybliżyła się do Kriss.
Dziewczyna wykonała ruch głową, jakby chcąc się wyswobodzić z więzów. Lecz była bardzo słaba. Lecz nie była to słabość fizyczna, lecz psychiczna. Odchyliła głowę bezwładnie do tyłu. Oczy miała półotwarte.
- ...gdzie jestem... - szepnęła. Nie mogła z siebie wydobyć innego głosu. - ...kim jestem... czym... się stałam...
- stajesz się idealną mną, moja droga. Własnie przechodzisz stadium oczyszczania twoich myśli. Nie będziesz posiadała żadnych uczuć. Żadnych wspomnień, żadnych marzeń, żadnych nasdziei. Żadnych uczuć. Ani miłości, ani nienawiści. Ani litości, ani chęci zemsty.
- ..dla...czego.. - wyszeptała.
- podporządkujesz cały wszechświat, by go następnie zniszczyć. Na jego miejscu stworzymy idealny świat, któszy wszyscy żyją w strachu o jutro i błagają mnie, zdzierajac skórę na kolanach, bym ich oszczędziła. Będę panią wszystkiego.
- a co.. ze mną...
LON to pytanie zbiło z tropu. Czy może powiedzieć ewolującej Kriss jakie ma plany związane z nią? Czy powiedzieć jej że gdy wszystko zniszczy, umrze także jej dusza, dzięki czemu jej ciało i moc będzie mogła przejąć LON?
- to nie ważne w tej chwili. - warknęła LON.
Kriss przymkneła oczy.
Bardzo cierpiała.
- czy zapomnę... o Venethcie..?
- tak.
- nie... nie zapomnę.. tego jednego wspomnienia we mnie nie wytępisz... - podniosła z trudem głowę. Z jej oczu spłynęły dwie samotne łzy.
Czarne łzy.
- przysięgam ci to, LON.. przysięgam... - głowa bezwładnie opadła jej na pierś.
- jesteś silniejsza niż się spodziewałam, Kriss. - LON przybrałą ponownie postać przepięknej kobiety, odwróciła się i weszła do swojego gabinetu.
Ściana zamknęła się ze świstem.

***


- aaa one były już a one były już wszędzie... już wszędzie.. dziki szoł dziki szoł! - Sunny i Moony na przeman śpiewali smerfne hity.
- nie fałszujcie. - warknęła Katia, czerwieniejąc ze złości. Akurat wyszła zza jakiś krzaków, wyraźnie wkurzona.
- hę..? - Sunny i Moony spojrzeli na siebie, a potem na Katię.
- dni miesięczne. - powiedział cicho Daniel.
- HĘĘĘĘĘĘĘĘ? SKĄD NIBY WIECIE?????? - ryknęła Katia czerwona jak buraczek
- zostawiłaś po sobie pamiątkę, gdy wstałaś przed paroma minutami. - Daniel wskazał na kamień, na którym poprzednio siedziała Katia. Było na nim kilka plamek krwi.
- COOOOOOOOOO? A GDZIE TY SIĘ PATRZYSZ?????????? TY CHOLEEEERRRRNYYYYYYYYYYYYYYYY.......!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! - już zamachnęła się, by mu przywalić z kopa, gdy walnęła głową o ziemie, przygnieciona prze coś ciężkiego.


- ..grrrau.. - stała na niej czarna pantera, w tym momencie zakryta przez cień. Spoglądała swoimi świdrującymi oczami spode łba na Daniela
- kicia..! - ryknęli Sunny i Moony
Pantera mrukneła cicho, co oznaczało, że nie ma najmniejszej ochoty być nazywana 'kicią'
Sunny i Moony schowali się za krzakiem.
- y..y.. - Daniel nie mógl wydobyć z siebie słowa widząc taką ogromną panterę, z trzema złotymi pasami i niebieskimi oczami.
- ze..zejdź ze mnie!!!!! - Katia próbowała się podnieść, lecz nie udało jej się to.
Pantera zniżyła głowę, tak, że znalazła się na wysokości ucha Katii.
- rusz go tylko, a cię zabiję, szmato... - mruknęła niedosłyszalnie, zeskczyła z niej błyskawicznie i znikła w ciemności.
-O_o"
- co.. co to było...?

Tymczasem pare metrów dalej Deexis była zajęta rozmową z czerwonowłosym mężczyzną. Był to smok cech symbolizujący zazdrość, którego znamy.
- rosnę coraz bardziej w siłę, czy wiesz o tym?
- już niedługo. - powiedziała Deexis.
- pokrzepia mnie także to, że nie jestem sam. - wskazał na wężą, wyłażącego w tej chwili z szyi Deexis. Jego ciało wystawało z rąk, nóg, tułowia dziewczyny, jakby wąż zwinięty był pod jej skórą.
- on też niedługo pożyje. Skończy żywot razem z tobą. Może nawet wcześniej. - pogładziła węża po łbie, na co on syknął gniewnie.
- zobaczymy. - powiedział smok Zazdrości. Jednak ja cały czas rosnę na siłę, tak samo jak mój kolega... i nie chodzi mi o węża, który wciąż spowija twoje ciało.
Przez twarz Deexis przebiegł cień.
- zniknij stąd.
Smok chciwości zniknął ze śmiechem. Wąż cicho wpełzł w jej ciało. Zaczęła iść w kierunku towarzyszy. Miała świadomosć że czas wciąż ucieka. Smoki także mogą się zrobić tak potężne, że nie będzie w stanie ich pokonać.. a pozostały tylko trzy...
- zrób coś ze sobą, co z ciebie za wybraniec? - usłyszała warkot z góry. W ciemności dostrzegła niebieskie oczy i kocią sylwetkę.
- daj spokój. - odwarknęła Deexis. - odezwała się ta, co stworzyła idealnego wybrańca.
Niebieskie oczy na chwilę znikły. Po chwili znów się pojawiły.
- nie zarzucaj mi braku kompetencji. Ja jestem pewna że wybrałam dobrze.
- czy ty coś sugerujesz?
- ewidentnie. Jednak zgadnij to już sama. - pantera znikła równie tajemniczo jak się pojawiła.

***

Sunny, Moony, Daniel i Katia siedzieli w ciszy. Sektet pobekiwal cicho przez sen.
Z krzaków wyszła Deexis.
- w drogę.
- co tak szybko? Głodna jestem. - mruknęła Sunny
- w drogę. - powtórzyła Deexis i ruszyła do przodu.
- spokojnie kobieto, co cię tak gna??
- ambicja.
Więc nasi bohaterowie ruszyli do przodu. Szli i szli wiele kilometrów, w końcu zapadł wieczór. Spędzili noc, lecz przespali tylko kilka godzin, Deexis zerwała ich przed świtem.
- jesteś pojebana. - jęknęła zaspana Katia.
Słońce zaczęło wychodzić zza horyzontu. Było bardzo zimno i wilgotno, trawę pokrywał szron, a w powietrzu unosiła się gęsta mgła.
- zimno mi. - jęknął Moony.
- głodna jestem. - jęknęła Sunny.
- idziemy. - powiedziała Deexis stanowczo, przyśpieszając kroku.
- gdzie do cholery? - odezwał się w końcu Daniel z czerwonym nosem od zimna.
Deexis nie odpowiedziała.
Nagle, wśród mgły, nasi bohaterowie zobaczyli idącą stanowczym krokiem sylwetkę. Była otulona grubym płaszczem z futra srebrnych lisow, zakończony pięcioma kitkami. Fioletowe włosy łagodnie spływały na płaszcz.
Gdy podeszła bliżej, można było rozpoznać że to piękna kobieta, piękna w swym chłodzie i wyniosłości. Kobieta ta prowadziła karego jak heban konia.
Kobieta ta ani nie wygladała na młodą, ani na starą. Wyglądała jedynie na nieszczęśliwą. Jednak najbardziej przyciągały wzrok jej oczy. Srebrne i niezwykle smutne. Miały w sobie wyraz, jakiego zapewne nie ma żaden człowiek na ziemii.
Tajemnicza dziewczyna minęła wolno naszych bohaterów.
Jednak, gdy Daniel i kobieta mijali się, podnieśli nagle głowy.
Kobieta szybkim ruchem odwróciła się (chwila gdy się odwraca zarzucajac włosami powinna być w zwolnionym tępie. Ach, te detale! - dop. aut.)
- to ty. - powiedział cicho Daniel.
Kobieta bez słowa wyciągnęła ręce i zdjęła z szyi Daniela srebrny medalik. Z chwilą, gdy spoczął na jej dłoniach, otoczył ją srebrny blask. Upadła na ziemię.
- Dakki. Jestem pewna, że to ty. Kriss mi o tobie opowiadała. - powiedziała Katia, otwierając oczy.
- tak, to ja. - rzekłą Dakki chłodno, nakładając naszyjnik na szyję. - gdyby nie ten medalik, nie mogłabym się odrodzić.
- co chcesz przez to powiedzieć?
- nieważne. Jesteście wybrańcami? - zapytała się
- tak.
- macie mało czasu. Pujdę z wami. - powiedziała glosem nie cierpiącym sprzeciwu i wsiadła na konia.
- a to choć. Przydadzą nam się każde ręce do gotowania ^^ - powiedziała Sunny
Dakki: [wzrok mordercy]
- nie, nie zabijaj jej, ona jest inna ^^" - wyjaśniła Katia, próbując wepchnąć Sunny do torebki.
Dakki bez słowa ruszyła do przodu. Lecz po chwili zawróciła.
- właściwie nie musimy iść dalej. W tym momencie wszystko zależy od wybrańców. A właściwie tylko jednego. - spojrzała przelotnie na Deexis. - możemy gdzieś tu w okolicy rozbić obóz. Jednak ta okolica jest bardzo zimna.
Rozbili niewielki obóz na jakiejś polane w lesie. Akurat zaczął padać drobniutki śnieg. Nie było wiatru.
Jednak nasi bohaterowie nie byli sami. Ktoś obserwował ich z gałęzi drzewa. Trząsł się z zimna, zapewne chcąc zaszpanować swoim pentagramem na plecach.
To był Elitrandir.
- nie wiem o co chodzi z tym końcem świata, ale mam nadzieję, że tutaj zobaczę..- mruknął sam do siebie - podobno tu są jacyś.. 'wybrańcy'.. chciałbym wiedzieć do czego słóżą...
- i nie dowiesz się. - usłyszał stanowczy głos pare metrów za sobą.
Kilkanaście metrów nad ziemią, na gałęzi drzewa, stała Katia, z napiętym łukiem z Naab, wymierzonym wprost w zaskoczonego Elitrandira. Jednak ten ruchem macho wstał, przypatrujac się Katii (czyt. Jej cyckom, uwydatnionym przez fetyszystycznie obcisły golf).
- z kim mam przyjemność? Czyżby z jakąś przepiękną elfką zabłąkaną wśród drzew? Pozwól, bym cię obronił przed dzikimi bestiami...
- zamkniesz się, albo sama cię ujarzmię ^^ - Katia trochę obniżyła łuk, tak że strzała była wymierzona prosto w klejnoty koronne elfa ^^
Zanim Elitrandir zdążył zareagować, usłyszał głos, którego nie chciałby usłyszeć najbardziej na świecie:
- siema, wujciu. - taaak... ta ironia należy tylko do Dakki.
Dziewczyna stała kilka metrów za Elitrandirem, z wymierzonym działem przeciwlotniczym, prosto w głowę elfa.
- wybacz, ale chcę sprawdzić czy nadal jesteś nieśmiertelny.
- nie wybaczę c..

* PIŹDZIAAAAAAAAAAAAACHHHHHHH*

Ze względu na drastyczność tej sceny, nie będę jej opisywać.
Przedźmy do momentu, gdy elf się pozbierał i stanął ponownie na gałęzi.
- ty.. cholerna.. smarkata..
- ale fajna zabawa ^^ - zachachała Katia - ja też mogę?
- jasne, nie krępuj się. - odpowiedziała Dakki.

*ŚŚŚŚŚŚŚWWWWWWWWWIIIIIIIIIIISTTTTTTTTTTTTT* - strzała z Naab traiła równiutko prosto między oczy elfa.

- BUAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAH! - wybuchneły równocześnie śmeichem Dakki i Katia - GDYBYŚ WIEDZIAŁ JAK WYGLĄDASZ Z PROFILU!!!!
- ha... ha... ha... - Elitrandir bezskutecznie próbował wyjąć strzałę ze swojej głowy, lecz nie udało mu się to, wobec czego musiał chobić ze sterczącą i z przodu i z tyłu strzałą.
- BUAHAHAHAHAAHHAHAHAHAHAHA!!! - Katia i Dakkis o mało nie pospadały z drzew.
- nie zesikajcie się. -warknął.
- okej. Fajnie było, pobawiliśmy się, pośmialiśmy... - Dakki wstała, ocierając łzy śmiechu. Nagle, momentalie przybrała groźną minę, i wyciągnęła rewolwer - a teraz albo stąd znikniesz, albo pozbawię cię wątpliwego zasczytu płodzenia potomków. - skierowała lufę w kierunku jego krocza.
- świnia. - Elitrandir zeskoczył dzrewa i pobiegł dzieśtam.


Już dawno nie widzieliśmy Venetha. Pora looknąć co u niego!

*PATATAJ PATATAJ PATATAJ PATATAJ PATATAJ (ach, te moje onomatopeje =,=" )*

Nasz niestrudzony Vencio pędził przez równiny na grzbiecie swojego wiernego Porshe.
- o'kay, to będzie gdzieś tu. - zeskoczył z konia. - ej wytam, co to ogranizujecie! chcę zdać kolejną próbe!
Przed nim ukazały się dwie czarodziejki z Naab.
- witamy w kolejnej próbie. Czy wiesz że nie musiałeś tyle jechać, by zdać kolejną próbe, wystarczyło w dowolnym momencie nas przywołać ^^
- o żesz kur..! To co za cieć dał mi tą mapę. - Veneth looknął w świstek papieru.
- O ile dobrze wiemy znalazłeś ją kiedyś przy mieczu ^^ Miecz sam ci ja dał.
- acha. Jaki bezsens. I tak nic nie rozumiem.
- nieważne. Zapewne zależy ci na czasie. By zdać kolejną próbę, musisz pokonać samego siebie. Poznaj swojego przeciwnika. - zza kobiet wyszedł chłopak wzrostu Venetha, o włosach Venetha, oczach Venetha i ubrany jak Veneth.
To byl Veneth.
- jesu! - Veneth skrzywil się - miałem brata bliźniaka a rodzice mi nawe o tym nie powiedzieli??? BRACIE!!! - wyciągnął ramiona.
- ==' to nie twój brat. To ty.
- hę? jak to ja? o ile wiem ja to ja.
- ale to jest symbol.
- srymbol ==' czy ktoś może mi wytłumaczyć o co w tym chodzi..?
- kuźwa.. ===' w każdym razie pokonaj go i nie zadawaj głupich pytań!!!
Obie czarodziejki zniły, zostawiając Venetha sam na sam z... Venethem.
- ja jestem bardziej seksowny od ciebie! - powiedział Veneth oryginał [:D
- jasne ==' jak ty jesteś bardziej seksowny ode mnie, to ja jestem Lina Inverse!
- ja jestem bardziej seksowny! Jestem bardziej wyćwiczony! i wogóle!
- dupa!
I oboje się rzucili na siebie z mieczami ^^.

rozdział 7.6.2

Deexis wstała z krótkiej drzemki, którą ucięła sobie w namiocie. "zapewne wszyscy jeszcze śpią" pomyślała. Wciągnęła na siebie kołdrę ze skór jakiś zwierzaków i wyszła na zewnątrz. Chociaż było południe, powietrze było wciąż chłodne, a śnieg pruszył malutkimi płatkami.
Poczuła na sobie czyiś wzrok. Odwróciła się. Była to Dakkis patrzaca się na Deexis charakterystycznym wzrokiem. Po chwili odwróciła się i wróciła do swojego namiotu.
Deexis także sie odwróciła i poszła do namiotu.
Lecz nie swojego.
Weszła do namiotu Daniela.
(jeżeli spodziewacie się jakiegoś porno i dusno to się mylicie ==")
Daniel spał jak dziecko, z misiem przytulanką _0_. Włosy opadały mu na twarz a usta były półotwarte.
Deexis spojrzała na niego wzrokiem mamy patrzącej się na swoje dziecko. Gdy śpi, wygląda tak niewinnie.
Nagle otworzył oczy. Gwałtownie posunął się do tyłu.
- k-k-kim jesteś..?
- co? Ach.. - istotnie, Deexis nie wyglądała jak zawsze. Była bez okularów, bez włosów związanych w kitka, bez stroju przywołujacego perwersyjne skojarzenia. Łagodne rysy twarzy Deexis okalały ciemnobroązowe włosy różnej długości, przypominające misternie układaną i ciętą fryzurę. Pasowały do tego łagodnie spoglądające fioletowe oczy, teraz już nie ukryte za okularami. Miała na sobie długą, nieco staroświecką koszulę nocną, dodającą jej powabu i delikatności. Wyglądała jak anioł.
- to ja, Deexis. - wyjaśniła dziewczyna
Głos nie pozostawiał złudzeń. To była Deexis z jej charakterystycznym głosem 5-letniego dziecka.
- nie poznałem cię. - nie mógł od niej oderwać wzroku. - jesteś.. jakas inna..
Deexis uśmiechnęła się.
- chciałbyś przejść się ze mną na spacer?
- tak.. - jęknął niepewnie, także wciągnął na siebie kołdrę.
Wyszli na rześkie mroźne powietrze. Szli w milczeniu, jakby przysłuchując się spadającym płatkom. Oddalili się nieco od obozowiska, przeszli kawałek lasu, i wyszli na piękną polanę, całą obsypanął łagodną warstwą śniegu.
- o czym myślisz? - zapytała się w końcu Deexis, przystając.
- o.. niczym..
- nie można myśleć o niczym. Zawsze się o czymś myśli. - uśmiechnęła się łagodnie.
- tak.. się zastanawiam.. jak to się stało że tak się zmieniłaś?
- hm? podobam ci się? - zapytała się ni z gruchy ni z pietruchy. - jestem atrakcyjna w twoich oczach?
- n..nie o to mi chodzi..
- nie podobam ci się?
- ależ podobasz, jesteś piękna i..
- za dużo gadasz...
Nagle, wypuszczając okrywającą ja kołdrę, ujęła twarz Daniela i pocałowała.
Ten, nieco zdezorientowany, odwzajemnił pocałunek. Po chwili przymknął oczy i objął dziewczynę.
Śnieg pruszył cicho, opadając na ich splecione sylwetki. Pocałunek był długi i namiętny.
W końcu, Deexis odsunęła sie lekko od lekko przymroczonego Daniela.
Oblizała usta.
- czemu.. to zrobiłaś..? - zapytał się otumaniony Daniel.
Nic nie odpowiedziała, tylko spojrzała na niego wymownie.
- chyba nie myślisz... nie chcesz...
- a czego ty chcesz..? - zadała pytanie retoryczne i, nie pozwalajac mu odpowiedzieć, pocałowała go.


UWAGA: CIĄG DALSZY JEST PRZEZNACZONY DLA OSOB ZDROWYCH PSYCHICZNIE ==' JEŻELI WYCZUWASZ W SOBIE JAKIEKOLWIEK ZABURZENIA/CHOROBLIWE SKOJARZENIA/OBSESJĘ SEKSUALNĄ NIE CZYTAJ TEGO.

Daniel odwzajemnił pocałunek. Sam nie wiedział dlaczego.
Potem się stało To.

Ich usta rozłączyły się. Deexis patrzała sie na niego wciąż tym samym wzrokiem.
Nagle.. jej ręka powędrowała do kokardy, zawiązującej koszulę nocną na piersi. Rozwiązała ją delikatnym ruchem.
- Dee... nie wygłupiaj się... - jęknął Daniel, widząc co się święci.
Górna część koszuli zsunęła się, ukazując jej gładkie ciało.
- wiem, że ty też tego chcesz...
- nie, nie..
- musisz.. takie jest twoje przeznaczenie...
Podeszła do niego i ujęła jego twarz jedną ręką, a drugą powoli zdejmowała mu bluzkę. Pocałowała go bardzo namiętnie, gładząc równocześnie jego głosy.
Chlopak, wiedziony niewiadomym uczuciem, objął dziewczynę.
Po chwili wylądowali na rozłożonej na ziemii kołdrze, otuleni przez drugą.
Daniel zsunął z niej koszulę. Tak samo ona go rozebrała.
Daniel całował jej usta i szyję.. Ona delikatnie gładziła jego ciało..
Gdy..

*PIZDU* - odepchnęła go z całej siły [:D i położyła się na plecy.

- Nie mogę.. - powiedziała cicho.
Daniel się zburaczył i także położył się na plecy.
Płatki śniegu opadały im na twarze.
- wybacz, Daniel. Wybacz że twoja rola jest wpisana w ten film. Wybacz, że robiłam ci jakieś nadzieje.. - ukryła twarz w dłoniach.
Chłopak nic nie odpowiedział. Jego twarz miała kolor dojrzałej czereśni [:D.
- po prostu... Chciałam.. muszę.. musiałam.. - nie mogła dobrać słów. - tylko w ten sposób przekażę ci swojąm moc. SŁUCHAJ. - spojrzała na niego. - Nie myśl sobie że ja jestem jakaś zboczona, dziwka czy jakaś. Po prostu tak było zapisane w naszym przeznaczeniu. Dwoje wybrańców, mężczyzna i kobieta, miało zakochać się w sobie, i, dzięki sek.. połączeniu przekazać sobie swą moc. Wszystko byłoby dobrze, gdyby.. GDYBY NIE MOJE CHOLERNE KAPRYSY!!! - ryknęła. I wybuchła płaczem. Po chwili wstała i wciągnęła na siebie koszulę. Daniel też się bez słowa ubrał.
- czy mogłabyś mi na spokojnie wytłumaczyć o co w tym wszystkim chodzi? - wreszcie wydusił z siebie.
- nie chcesz tego słuchać.
- zapewniam cię, że chcę. - westchnął, zakładając bluzkę.
Zapadła chwila milczenia.
W końcu, drgającym tonem, Deexis wydusiła z siebie:

- kocham swojego przyrodniego brata.

Nie mogła powstrzymać płynących strumieniami z jej policzków łez.

Z TEGO ROMANTYCZNEGO MIEJSCA :PPPPPPPPPPPPPPP PRZENOSIMY SIĘ DO VENCIA.

*ŚWIST* - kolejny wymierzony w Copy Vencio ciach mieczem ominął go, dzięi zgrabnemu unikowi.

- dobry jesteś. - powiedział Veneth oryginal (daaaaaamn. Brzmi jak Werter's oryginal ][). - nic dziwnego, skoro jesteś kopią mnie..
- idiooooto. - powiedział Copy Vencio. - czy ty jesteś na tyle głupi, że tego nie zrozumiałeś? Jestem symbolem.
- tia? - Veneth podrapał sie mieczem po plecach.
- jestem symbolem twoich wątpliwości. - rzekł spokojnie. - wątpliwości, strachu i ogłupiającego żalu.
- nie no, ciekawe masz hobby. Byłeś ty może kiedyś u jakiegoś lekarza?
- ========" Pomyśleć że ejstem kopią takiego patafiana jak ty. Weś ty się schowaj ==' To dla twojego dobra ==' Zrób przysługę światu ==' A pałeczkę sztafetową oddaj mnie ^____________^ - rozpromienił się.
- ooo, pałeczki to ci nie dam! Wiem że mi zazdrościsz.. może jesteś moją kopią, ale takiej długiej pompki jak ja na pewno nie masz!!!!
- !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! NIE O TO MI CHODZIŁO TY COSMODISKU! A pozatym skąd wiesz że nie mam dłuższego? Kopia jest lepsza od oryginału !
- ha! Mnie nigdy nie prześcigniesz, podróbo! Mam najdłóższego i najgrubszego, zapamiętaj sobie!
- chciałbyś! W końcu jestem twoją kopią to wiem lepiej!
- ZAMKNIJ SIĘ! - Veneth się zburaczył, ku uciesze swojej kopii [:DDD
- och, czyżbym trafił w czuły punkt :P Nie wiedziałeś że branie sterydów skraca co niecoś?
- NIE BIORĘ STERYDÓW! - jęknął Veneth tonem, zaprzeczajacym samemu sobie [:D
- a to parę razy, gdy po pijaku założyłeś się z Chazzem, że podnieśiesz zamek Seyruun z przyległościami?
- ZA.. ZABIJĘ CIĘ! - ryknął Venciu - TY GNIOCIE!
- sratatata :P
- MACIE SIĘ BIĆ, NIE WYZYWAĆ! - ryknęła skąś czarodziejka Ousymu.
-ok. - Veneth z przekrwionymi oczamis tanął przed swoją kopią.
- czy ty myślisz że pokonasz mnie w walce? Mnie? Samego siebie? Symbol twoich wątpliwości strachu i żalu? Poradź sobie wpierw z uczuciami, facet, a potem do mnie ==
- hę?
- Czyżnie te uczucia owładniają ciebie odkąd..
- NIE KOŃCZ!
- a właśnie, że skończę :P Czy te uczucia nie owład..

Dobra, olewamy ich rozmowę, bo mamy tu coś ciekawszego do wyjaśnienia ^^ (w tle słychać słowa Veneth oryginal i Copy Veneth: Autorko ty cholerna pojebana.. [CENSURED].)

Po słowach Deexis zapadło milczenie. Choć łzy ciekły jej z oczu, nie łkała.
Dlaczego zawsze starała się być taka silna?
- wybacz, że ci to powiedziałam.- rzekła cicho, ocierając szybkim ruchem łzy wierzchem dłoni - wracaj do obozu. Ja tu jeszcze chwilę zostanę.
Coś Danielowi mówiło, że nie może zostawić jej tu samej w takim stanie.
- mów dalej. - uśmiechnął się - ja cię słucham.
- masz rację. Po.. po.. TYM... masz pełne prawo wysłuchać mojej historii.
Dziewczyna wciąż stała odwrócona do niego plecami.
- Tak więc.. nazywam się Deexis, lecz w języku, w którym to imię powstało powinno brzmieć Di X's, co oznacza 'Przeznaczenie kreślone łzami'. Jestem córką potomka starożytnych bogów i pół-nimfy śmierci. Zapewne od początku wiedzieli, że z ich niezwykłego związku miał powstać wybraniec. Jednak czas płynął, a ja się nie pojawiałam w łonie matki. Doszli więc do wniosku, że wybraniec się narodził, lecz nie im. Wpadli we wściekłość. Poszłyszeli o niezwykłym dziecku przygarniętym przez złotego smoka. Pomyśleli, że to pewnie to dziecko. Porwali więc je i wychowywali. Lecz niedługo potem narodziłam się ja. Od zawsze mnie uczono: "Jesteś stworzona by uratować świat, pamietaj o tym" - musiałam zgłębiać przez całe dzieciństwo sztukę zaklniania smoków. Valgaav wciąż mnie wspierał. Zawsze był przy mnie, pomagał mi i wspierał w trudnych chwilach.. Był najlepszym starszym bratem, jakeigo tylko można mieć. Aż.. - jej głos zadrżał- aż.. nie pojęłam.. że moja miłość do niego nie jest siostrzana. Odtąd każda moja chwila spędzona z nim była udręką i rozterką, jak powinnam postępować. Była walką samej ze sobą i swoimi uczuciami.
Deexis zrobiła przerwę, by otrzeć spływające strumieniami z jej oczu łzy. Daniel słuchał jej opowieści z zapartm tchem.
- lecz pewnego dnia obudziłam się z postanowieniem, że nie mogę już tego ciągnąć. Wstałam, ubrałam się i wyszłam, chcąc isć do niego i wyrazić, co czuję. Lecz zamyślona i wymyślająca coraz to nowe warianty mojej przemowy, nie zauważyłam idącej korytarzem mojej mamy. Wpadłam na nią. "Co ty chodzisz taka? Zakochałaś się, czy co???- wykrzyknęła wtedy. Lecz nie słysząc mojej odpowiedzi wyraz jej twarzy od wściekłego przeszedł w wewnętrzną walkę. Chwyciła mnie za rękę i niemal wciągnęła do sąsiedniego pokoju..
Deexis przymknęła oczy, by przypomnieć sobie tą scenę.


Deexis, o nieco badziej dziecinnych rysach twarzy niz teraz, siedziała na końcu długiego, prostokątnego stołu. Na jego przeciwległym końcu siedziała jej matka.
Miała kamienny wtyraz twarzy. Osoba ta, zawsze i wszędzie wzbudzała respekt swoją wyniosłością, pięknem, elokwencją i manierami. Nazywała się Pilaes, była nimfą śmierci, uchodzącą za najgorszą ze wszystkich nimf. Lecz Pilaes była pół-nimfą , pół-człowiekiem. Ale dominowały u niej cechy właśnie tej nimfy.
Jej długie na dobrze kilka metrów, czarne niczym noc włosy opadały zawsze wokół niej, dodając wielkości i blasku. Oczy, specyficzne oczy, błyskające coraz to żywszą paletą barw, wiecznie patrzały z góry. Lecz skóra była biała jak snieg (Pilaes wyglądała podobnie jak Morticia z rodziny Adamsów, lecz była o wiele piękniejsza). Ubierała się przeważnie w złote szaty. Wyglądała jak jakaś bogini.
Wróćmy do momentu, gdy Deexis i Pilaes siedziały naprzeciw siebie. dziewczynaotworzyła usta, by coś powiedzieć, lecz matka uprzedziła ją.
- nie obchodzi mnie, w kim się zakochałaś. Tobie nie wolno kochać. - rzekła ze smutkiem.
- jak to? - zapytała się zaskoczona dziewczyna.
- moja droga Deexis. Jesteś wybrańcem, wiesz to od najwcześniejszegod dzieciństwa. Nigdy cię z ojcem nie okłamywaliśmy, i nie mam zamiaru okłamywać cię teraz. Nie wolno ci kochać. - powtórzyła, akcentując to zdanie. - twoim przeznaczeniem jest kochać jedynie innego wybrańca. A potem, dzięki połączeniu, przekazać mu swą moc. Tak więc, nawet jeśli kogoś w tej chwili kochasz, wydaje ci się. Twoje przeznaczenie jest zupełnie inne - powiedziała z uśmiechem, z jakim rodzice mówią dzieciom " Święty Mikołaj nie istnieje, ale kupimy ci rower na święta".
- prze.. przeznaczenie..?- szepnęła.
- tak, moje dziecko. Możesz kochać jedynie wybrańca. Współczuję ci, że zostałaś obarczona takim losem. Lecz gdy już go spotkasz, na pewno będziesz szczęśliwa.
Deexis wstała od stołu i poszła do swojego pokoju. W tym momencie przysięgła i postanowiła sobie, że nie będzie kochać Valgaava, a jedynym mężczyzną, któremu powie "kocham cię", będzie wybraniec. A potem będzie żyła długo i szczęśliwie.


Deexis więła oddech. Daniel przyglądał się jej ze smutkiem.
'Biedna dziewczyna'- pomyślał-'tyle w życiu przeszła'
- tak więc widzisz, jaką rolę odegrałeś w mojej grze. - powiedziała cicho. - Przykro mi, że to nie wyszło. Ja wciąż kocham Valgaava. usiłowałam nauczyć sie kochać ciebie.. lecz to nie jest prawdziwa miłość. To zwykła, z góry ustalona gierka. Fakt, że czuję do ciebie coś więcej niż przyjaźń... lecz naprawdę to kocham tylko mojego przyrodniego brata. Takie jest już moje przeznaczenie. Będę musiała ci przekazać moją moc inaczej.
Zapadła cisza.
- no i do tego najbardziej prześladuje mnie smok cech symbolizujący brak silnej woli. - pod jej skórą coś się poruszyło. - obiecałam sobie, że będę kochać siebie i wyzbędę się miłości.. do osoby którą kocham... MOJEGO BRATA.
Tym razem cisza była głębsza.
- Ale.. Deexis... - w głosie Daniela brzmiało ciepło. - ty tego nie pojęłaś... ślepo trzymałaś się z góry ustalonych reguł nieugiętego przeznaczenia... Nie mozesz być z tym, kogo kochasz.. czy nie rozumiesz... że jedyną rzeczą mogącą zmienić przeznaczenia, nieobiętą przez żadne twarde reguły jest miłość?

- .. ! - - co chcesz przez to..

- to proste. - powiedział z szerokim uśmiechem. - jeżeli czegoś naprawdę pragniesz, nie podlega to żadnym regułom. Jeżeli kogoś kochasz, nie możesz tego zmienić. Po prostu kochasz. Nie jest to żadnym widzimisię, lecz prawdziwym uczuciem, trwającym wiecznie... Dlaczego musisz zrezygnować z Valgaava? A może smok braku silnej woli symbolizuje twoje wątpliwości? Deexis! Ty możesz być z Valgaavem!
Dziewczyna stała, głęboko oddychając. Słowa Daniela były prawdą. Żałowała, że wcześniej tego nie dostrzegła. Mogłaby nie popełnić wielu błędów.
- dziękuję, Daniel. Dzięki tobie zrozumiałam wiele rzeczy. - odwróciła do niego głowę. Lecz zauważył coś niepokojącego - kroplę krwi spływającą jej po szyi.
Nagle rozbłysła oślepiajacym światłem. Z jej ciała, wśród strug krwi, wypełzł wąż. Oplatał całe jej ciało. Nagle ona chwyciła ręką jego łeb, i nie zważając na coraz bardziej zacieśniajace się na niej więzy, zmiażdżyła go. Światło bijące od niej zaczęło pulsować. W jednej chwili wąż wypełzł z jej ciała. Z chwilą, gdy się to stalo, fala ciepła przebiegła przez las i polanę, topiąc śnieg i ożywiając zamrożoną przyrodę. W końcu wąż, ocknąwszy się, pośpiesznie popełzł do lasu. Deexis padła na kolana. Już nie padał śnieg. Świeciło jedynie ciepłe słońce.
- co to było? - jęknął Daniel.
Lecz Deexis nie odpowiedziała. Była wpatrzona w powiększajacy się szczegół na niebie. W ciemną sylwetkę jakiegoś ptaka? anioła? To ptak!? To samolot!? Nie, to superman!!! _0_. Gdy sylwetka przybliżyła się, można było zauważyć, że to nikt inny jak Valgaav. Stanął naprzeciw Deexis.
- przyszłem po ciebie. - powiedział ciepło.
- ale ja cię nie wzywałam...
- wyczułem, że mnie potrzebujesz w tym momencie.
Deexis w odpowiedzi strzeliła buraka i nic więcej nie powiedziała ^^. On wziął ją na ręcę.
- Ej, a co ze światem, co ze smokami??? - zapytał się Daniel.
- jestem gotowa na pokonanie ich wszystkich. Oczekuj na kompletny amulet. Potem idź do świątyni smoków. Tam powinno się coś stać.
- czy kiedykolwiek cię zobaczę..? - szepnął chłopak.
Nie odpowiedziała.
Zawiał wiatr.
Nagle, z ramion Valgaava, pochyliła się i obejmując go, lekko pocałowała.
- żegnaj.

- n..nie.. - obiął ją. Dopiero teraz dostrzegła w jego oczach łzy.
- Daniel..
- ty.. będziesz szczęśliwa.. stanęłaś naprzeciw swojemu przeznaczeniu.. ale ja... - nie mógł wydobyć z siebie słów. - ja nie.. Deexis. Ja cię kocham. - wtulił się w nią mocno. - ale wiem, że nie ze mną nigdy nie zaznasz szczęścia.. moim jedynym i największym marzeniem jest to, by to, co najbardziej pragniesz spełniło się.. nigdy cię nie zapomnę, Deexis. Przenigdy.
Daniel nie krył łez.
Deexis odsunęła się od niego. Po chwili uniosła się w powietrze razem z Valgaavem.
- ja ciebie także nigdy nie zapomnę..




I tak się kończy szósta księga.

C.D.N.


   
 
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść publikowanych tutaj prac. "
   
   
  Kopiowanie materiałów ze strony bez wiedzy i zgody autorów zabronione!
Strona http://slayers.wszechbiblia.net jest częścią portalu Wszechbiblia.NET
© 2000 - 2010 Wszechbiblia Slayers & Wszechbiblia.NET

Strona wygenerowana w: 0.35971200 1276782045
Slayers Copyright (c) 1989- 2010 Hajime Kanzaka / Rui Araizumi /
Kadokawa Shoten / TV TOKYO / SOFTX / Marubeni
 

Valid XHTML 1.0 Strict    Valid CSS!